ODDZIELENI DLA BOGA

Mimo iż zło w swojej istocie pozostaje niezmienne, to jednak występuje ono w najróżnorodniejszych postaciach. My, chrześcijanie, stale znajdujemy się pod wpływem tego wrogiego, a zarazem kuszącego świata, który nas przyciąga, stara się w nas zadomowić, czyha na nas szukając szczeliny w naszej zbroi (List do Efezjan 6,10-18). Chce nas usidlić, chce, abyśmy zstąpili do jego własnego poziomu życia, abyśmy przyjęli jego sposób widzenia i postępowania. Czyni to stopniowo, bez przerwy wywierając na nas nacisk. Pragnie zatrzeć różnice, wszczepić nas w swój organizm, abyśmy przestali być konserwującą „solą ziemi” i rozpraszającą mrok „światłością świata”. Z tego właśnie względu, nawet dla chrześcijan, którzy w przeszłości zajęli zdecydowaną postawę, istnieje pewien, o bliżej nieokreślonych wymiarach teren spraw niezupełnie dla nas jasnych, dyskusyjnych, brak jakby wyraźnej różnicy między „chodzeniem w światłości” a „chodzeniem w ciemności”, jakaś jakby „ziemia niczyja” o niewyraźnych i zmiennych granicach. Czyżby w Biblii ten problem został pominięty milczeniem? Fakt, że nie mówi ona czegoś szczególnego osobliwego w tej dziedzinie, nie oznacza bynajmniej, że nie ma na ten temat nic do powiedzenia.
Wiele wyznań wiary ewangelicznej uznaje Pismo Święte za jedyną (a więc dostateczną) zasadę w sprawach wiary i postępowania. Nie ma potrzeby uzupełniać tego co jakiś czas coraz to nową listą rzeczy zakazanych. Wierzymy,że szczere dziecko Boże może znaleźć w Biblii odpowiedź na każdy problem, gdyż podaje nam ona ogólne zasady, które mogą znaleźć zastosowanie we wszystkich sytuacjach i które zawsze pozwalają chrześcijaninowi poznać wolę Bożą dotyczącą jego samego (niekoniecznie innych). Zasady te podaje Biblia, między innymi, w 8, 9 i 10 rozdziale I Listu do Koryntian. Dla chrześcijan z Koryntu problemem było mięso ofiarowane bałwanom. My, oczywiście, mamy inne problemy zasadniczego znaczenia, bo chociaż problemy zmieniają się zależnie od kraju i epoki, to jednak zasady, które wskazują na ich rozwiązanie, pozostają bez zmian. Są one tak samo aktualne dla Europy XXI wieku, jak były aktualne dla Koryntu w I wieku. Zanim jednak przejdziemy do sprecyzowania tych zasad, zastanówmy się nad trzema fragmentami biblijnymi o charakterze ogólnym.

Tekstem klasycznym traktującym o odłączeniu chrześcijanina od świata jest tekst z II Listu do Koryntian 6,16-17: „Jakiż układ między świątynią Bożą a bałwanami? Myśmy bowiem świątynią Boga żywego, jak powiedział Bóg: Zamieszkam w nich i będę się przechadzał pośród nich, i będę Bogiem ich, a oni będą ludem moim. Dlatego wyjdźcie spośród nich i odłączcie się, mówi Pan,i nieczystego się nie dotykajcie; a ja przyjmę was”. Wiersz 16 zawiera pozytywne stwierdzenie, że chrześcijanie są ludem Bożym i pewnego rodzaju świątynią przeznaczoną dla Boga. Natomiast treścią wiersza jest konieczność odłączenia się ludu Bożego od nieczystości świata. W oczywisty też sposób wykonanie treści wiersza 17 jest uzależnione od wypełnienia się w życiu chrześcijan treści wiersza 16.
Na nieszczęście, niektórzy chrześcijanie, mając zresztą jak najlepsze zamiary, położyli nacisk w pierwszym rzędzie na odłączenie „od świata” w ogóle niż na odłączenie „dla Boga”. W ten sposób dali oni do zrozumienia, że istota uświęcenia polega na wstrzymywaniu się od pewnych rzeczy, określanych mianem „rzeczy tego świata”, zapomnieli jednak, że nie ma prawdziwego i skutecznego odłączenia od świata bez uprzedniego prawdziwego oddania się Bogu. Gdyby uświęcenie polegało na nierobieniu tego lub tamtego, na wstrzymywaniu się od takiej czy innej rzeczy, na unikaniu takich lub innych miejsc, to manekina z wystawy i nieboszczyka na cmentarzu musielibyśmy uznać za świętych. Zajęto się raczej oznakami zewnętrznymi uświęcenia niż jego wewnętrznym źródłem, raczej owocami, niż korzeniami. Zapomniano, że rzeczywiście odłączonym od świata jest się tylko w takim stopniu, w jakim jest się oddanym Chrystusowi. Zbyt często ścisłe spełnianie praktyk religijnych, zewnętrzny konformizm, ukrywa wewnętrzną jałowość, co na dłuższą metę prowadzi do obłudy. Jezus rzekł: „Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, (…) na zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, wewnątrz zaś jesteście pełni obłudy i bezprawia” (Ewangelia Mateusza 23,27.28). Nikt z większą dokładnością niż oni nie oddzielał się od nieczystości. Sama nawet nazwa „faryzeusz” wywodzi się z hebrajskiego czasownika „pharash”, co znaczy „oddzielać, separować”. Byli to separatyści w całym tego słowa znaczeniu. Mimo to Jezus oskarża ich, bo chociaż byli odłączeni zewnętrznie, to jednak nie byli odłączeni „dla Boga”.

Taką samą wymowę ma również tekst z 12 rozdziału Ewangelii Mateusza (wiersze 43-45): „Gdy zaś duch nieczysty wyjdzie z człowieka, wędruje po miejscach bezwodnych, szukając ukojenia, ale go nie znajduje. Wtedy mówi: Wrócę do domu swego, skąd wyszedłem, i przyszedłszy, zastaje go opróżnionym, wymiecionym i przyozdobionym. Wówczas idzie i zabiera z sobą siedem duchów innych gorszych niż on, i wszedłszy mieszkają tam; i bywa końcowy stan człowieka tego gorszy niż pierwotny”. Fragment ten wskazuje na bezużyteczność – nawet na niebezpieczeństwo – tylko zewnętrznej reformy, bez zmian i napełnienia serca. Usunięcie niektórych rzeczy, bez zastąpienia ich innymi, wytwarza „próżnię” (w. 44). Sztucznie narzucona moralność pozostawia człowieka bez obrony przed złymi mocami, które usiłują się w nim zadomowić. Toteż napisano, że „bywa końcowy stan człowieka tego gorszy niż pierwotny” (w. 45). Tylko wówczas, kiedy będziemy napełnieni Chrystusem, nie będzie w nas więcej miejsca dla świata. Jedyną realną ochroną przed światem jest nasza stała osobista społeczność z Panem. Tymczasem człowiek, gdy straci tę społeczność, stara się zachowywać jej pozory. Daremny trud! Lepiej jest ujawnić porażkę i starać się jej natychmiast zaradzić. Jedno jest poselstwo dla nas chrześcijan: „Czuwajmy, abyśmy zawsze byli napełnieni Chrystusem”. Nie ma potrzeby zrywać starych liści, które nie opadły jesienią. Wiosną, wraz z przypływem soku, powraca życie i pozostałe liście same się odrywają. Nowa miłość nie pozostawia już miejsca starym uczuciom. Tak się też rzecz przedstawia z Chrystusem i sprawami tego świata.
Naszym trzecim tekstem jest 15 wiersz drugiego rozdziału I Listu św. Jana: „Nie miłujcie świata ani tych rzeczy, które są na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca”. Zauważmy, po pierwsze, że Jan mówi o tych sprawach na płaszczyźnie naszych uczuć. Nie mówi on: „Nie idźcie w świat”, jak to czyni wielu kaznodziejów, lecz mówi: „nie miłujcie świata”. Być człowiekiem świata (świeckim), to przede wszystkim sprawa serca; jest to raczej postawa niż działanie. Dużo jest chrześcijan, którzy nie robią tego, nie idą tam, a mimo to są w gruncie rzeczy przywiązani do światowych uciech. Ich uczucia błądzą w świecie i ich pragnienia zwrócone są ku światu. Iluż to chrześcijan przez wiele lat ulegało zwyczajom swego ewangelicznego środowiska i dlatego nie chodzili do kina? … Cóż, kiedy wraz z nastaniem telewizji widzimy ich, jak spędzają całe dnie przed odbiornikami oglądając te same dwuznaczne filmy, które jeszcze niedawno tak bardzo potępiali. Świat zawsze miał w ich sercach swoje miejsce, nie uzewnętrzniał się jednak pod pozorami potępienia otoczenia. Dlatego Bóg kładzie nacisk na stan wewnętrzny, a nie tylko na zewnętrzny czyn. Dalej Jan stwierdza, że miłość do Ojca i miłość do świata wzajemnie się wyłączają. Obecność jednej narzuca nieobecność drugiej.

W swoim czasie mieliśmy na naszym wydziale teologicznym pewnego studenta o spóźnionym powołaniu. Pracował w lotnictwie w stopniu pułkownika, a będąc kawalerem przez wiele lat prowadził on rozwiązły tryb życia. Wskutek długiej choroby, pod wpływem świadectwa pewnej wierzącej pielęgniarki oraz w wyniku pilnej lektury Pisma Świętego człowiek ów nawrócił się do Boga, a następnie całkowicie zaangażował się w służbę dla Pana. Będąc szczególnie uzdolniony do ewangelizacji indywidualnej, prawie codziennie wykorzystywał okazję, aby udać się do sąsiadującego z wydziałem baru. Tam, siedząc na stołku przy filiżance kawy, nawiązywał rozmowę z posilającymi się obok ludźmi. Pewnego dnia jakiś młodzieniec słuchając jego świadectwa o Jezusie Chrystusie, zrobił mu niezbyt trafny zarzut: „Zgoda, lecz jako chrześcijaninowi nie wolno panu pójść na tańce!” Nasz przyjaciel (który w przeszłości w tego rodzaju lokalach bywał) odparł mu bez wahania: „Mój drogi, jako chrześcijanin jestem całkowicie wolny i mogę pójść, gdzie mi się spodoba. Jednak dobrze wiem, że Jezus Chrystus, który jest dla mnie serdecznym przyjacielem, nie mógłby mi w takim miejscu towarzyszyć. Gdybym tam się udał, musiałbym Go zostawić za drzwiami. Otóż społeczność z Nim i Jego przyjaźń są dla mnie zbyt cenne i zbyt nieodzowne, abym je kiedykolwiek poświęcał za taką cenę!”. Żadnych kłopotliwych wyjaśnień w tej odpowiedzi, żadnych pobożnych frazesów lub odwoływania się do przykazań. Miłość Chrystusa zupełnie wystarczyła. Zresztą, była to jedyna odpowiedź zdolna zadowolić owego rozmówcę.
G.W