TYLKO SIEDEM DNI – CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE

Rozdział V – Dzień drugi

Pan Gardy był człowiekiem dość silnej woli, lecz ta scena – widok pijanego syna – skruszyła go i złamała do głębi. Przy całym swym egoizmie i zadowoleniu z siebie, pan Gardy prowadził porządne życie. Brzydkie wady zawsze wzbudzały w nim odrazę. On nigdy nie mógł zrozumieć, jak  w niektórych rodzinach tolerują pijanych, a nawet ich żałują. Uważał to za słabość godną pożałowania i jakby za aprobatę złego nałogu.

Nieszczęsna matka najpierw dziko krzyknęła ze strachu, nie wierząc własnym oczom, potem rzuciwszy się naprzód, chwyciła Georga za ręce i prawie wciągnęła go do domu. Pan Gardy ochłonął z pierwszego ciosu, groźnie spojrzał na kolegów jego syna, z obrzydliwością odsunął ich ręką i zamknął drzwi. Ta noc była nocą zmartwienia i wstydu dla całej rodziny. Smutek z powodu śmierci bez porównania był mniejszy niż smutek z powodu ginącego młodzieńca. Lecz przyszedł poranek.

Przez resztę nocy pan Gardy spał mało i niespokojnie. Obudziwszy się, by zacząć swój drugi z pozostałych dni, wspomniał Georga. Przez moment miał wrażenie, że to był brzydki, przykry sen. Upewnił się jednak, że to, co się zdarzyło z jego synem, nie było snem. Jego syn, jego George, pije. On, ojciec, nie mógł się z tym pogodzić, a tymczasem syn leżał w sąsiednim pokoju, nie otrzeźwiał jeszcze zupełnie, spał pod działaniem resztek alkoholu po spędzonej na hulance nocy. Cierpiący z tego powodu ojciec, osunął się na kolana prosząc o miłosierdzie: „Wszechmogący Boże, dopomóż mi zużyć pozostałe dni mego życia jak najbardziej rozsądnie i mądrze”.

Następnie ogromnym wysiłkiem woli zapanował nad sobą i wstał przygotowany do znoszenia wszystkich ciężarów bieżącego dnia na tyle mężnie, na ile tylko stać jest człowieka w takich warunkach. Po rodzinnej naradzie, na której nowe zmartwienie jeszcze bardziej zbliżyło do siebie rodzinę, pan Gardy nakreślił plan drugiego dnia. Najpierw zobaczy się z Jamesem Kakstonem i porozmawia z nim w sprawie swojej córki Clary. W biurze zajmie się najbardziej nie cierpiącymi zwłoki sprawami. W południe postara się przyjść do domu na obiad. Około godziny drugiej musi zdążyć na pogrzeb biednego Skowiłła; żona wyraziła chęć pójścia z nim razem na pogrzeb. Miał również zamiar porozmawiać z Georgem, a wieczór spędzić w domu i zatroszczyć się o wiele rzeczy na wypadek swojej śmierci. Zdecydowany już, pożegnał się delikatnie z żoną i dziećmi i wyszedł z domu.

George spał ciężkim snem do południa i obudził się z silnym bólem głowy. Bessie kilka razy skradała się do brata, czekając na jego obudzenie  i kiedy wreszcie otworzył on oczy, ujrzał stojącą przy łóżku kochającą go siostrzyczkę. Zastękał, przypomniawszy sobie minioną noc i spojrzenie swojej matki. Bessie ze strachem dotknęła jego czoła:

– George, tak mi szkoda ciebie. Źle się czujesz?

– Zdaje mi się, że głowa moja chce pęknąć. Boli tak, jakby ktoś rąbał w niej drzewo.

– Dlaczego tak źle się czujesz? – naiwnie zapytała Bessie. – Może  za dużo jadłeś u Bramleyów w czasie kolacji? – Bessie nigdy z bliska nie widziała ludzi nietrzeźwych i kiedy wczoraj ojciec z matką układali Goerga do łóżka, ona nie rozumiała jego stanu. Bessie zawsze kochała swego brata, ale naturalnie nie miała pojęcia, jak i gdzie spędza czas. George z ciekawością spojrzał na swą siostrę, następnie powodowany nie wyjawionymi uczuciami, przygarnął ją bliżej do siebie i rzekł:

– Bessie, ja jestem niedobry. Wczoraj byłem pijany, pijany, rozumiesz ty to? Ja niemal zabiłem tym mamę.

Bessie była oszołomiona tym wyznaniem; znowu wyciągnęła rękę:

– O, nie, nie! George! Nie! – za tym nagłym porywem uczuć cofnęła się, mówiąc:

– Jak tym mogłeś… w tym czasie, gdy tatuś jest w takim nastroju?…

Mała Bessie była bardzo porywcza. Żałośnie zapłakała i usiadła na czymś, co uważała za poduszkę na stołku. Poduszka głucho klapnęła pod nią. Był to bowiem wysoki kapelusz Georga, który on położył na krześle i przykrył swoim szalikiem. Bessie była stworzeniem pulchnym… Zerwała się z krzesła trzymając w ręku zgnieciony kapelusz. George zdenerwowany krzyknął:

– Ty wiecznie psujesz moje rzeczy! – w następnej chwili pożałował swych słów.

Bessie odsunęła się ku drzwiom, oburzona niesłusznym oskarżeniem. Tu się zatrzymała. Czasem była podobna do Clary z nadzwyczajną porywczością charakteru i natychmiast dała to odczuć Georgowi nie patrząc na to, że była młodsza i kochała brata:

– George Gardy! Jeżeli dla ciebie stara rura jest ważniejsza od siostry, to dobrze! Ty sobie to przypomnisz! Ja nie będę ci więcej oddawać swoich pieniędzy. A jeśli psuję twoje rzeczy, to przecież nie wracam do domu w nocy w stanie pijanym i nie łamię matce serca! Ona tak o to płakała dzisiaj rano! O tym i o dziwnym postępowaniu tatusia wciąż myśli… Oj, oj, oj! Ja nie chcę dalej żyć! W życiu tak wiele jest niedoli. – Maleńka Bessie rozpłakała się z niepodrabianą rozpaczą.

George widząc to natychmiast zapomniał o bólu głowy.

– Dosyć, dosyć, Bessie! Chodź tutaj, pogódźmy się i pocałujmy. Słowo honoru, powiedziałem to bezmyślnie. Kupię tuzin kapeluszy i pozwolę ci posiedzieć na każdym, abyś się zabawiła trochę. Nie odchodź ode mnie zagniewana. Ja jestem taki nieszczęśliwy!… – Opadł na poduszkę i tym razem on zapłakał. Cały gniew Bessie roztajał i podbiegła do brata:

– Nie płacz, George! Może ci przynieść lekarstwo od bólu głowy? Dostanę coś dla ciebie do zjedzenia, cokolwiek smacznego. Mama poleciła przygotować dla ciebie śniadanie. Prawda, mamusiu? – Bessie zwróciła się z tym do matki wchodzącej do pokoju.

Pani Gardy podeszła do Georga i położyła mu dłoń na głowie, jak to uczyniła przed nią Bessie. Młodzieniec poruszył się, zażenowany. Widział na twarzy matki ślady głębokiej troski, ale niestety! Nie przemówił do niej ani słowem, aby wyrazić żal i skruchę za hańbę uczynioną przez siebie rodzicom i rodzinie. Nasze ciało jest tak związane z naszą naturą, że krew Georga, zatruta alkoholem, już źle wpływa na jego rozsądek i serce. Głęboko zmartwiona matka zrozumiała z wielkim bólem serca, jak bardzo zmienił się jej chłopak. Stłumiwszy westchnienie, zwróciła się do córki:

– Bessie, moja córeczko, przynieść Georgowi śniadanie.

Jak tylko dziewczynka wyszła, matka zwróciła się do syna ze słowami:

– George, czy ty mnie kochasz? – Wzruszenie przemogło jej siły, głos jej drżał, krtań ścisnęła się wielkim bólem. George oczekiwał wręcz czegoś innego. Już przygotował się na jakąś niegodziwą, kłamliwą wymówkę, uparcie chcąc udowadniać, że znowu nie tak bardzo jest winien, jak się mogło wydawać. Jednak gdy spojrzał na matkę i zobaczył, że łzy spływają po jej twarzy, był pokonany żalem – skruchą. Wszystko, co w nim pozostało dobrego, wzburzyło się przeciwko jego zwierzęcym instynktom. W tym momencie sumienie zwyciężyło. Głos jego wroga umilkł na chwilę. Syn ujął rękę matki, podniósł   do swych warg, ucałował z wielkim szacunkiem i zniżając głos, rzekł:

– Mamo, ja nie jestem wart twej miłości… Gdybyś ty wiedziała! – Przerwał na samym początku swoją spowiedź. Zły duch niełatwo wypuszczał swą zdobycz. Matka z trwogą i drżeniem oczekiwała dalszego wyznania i dlatego chcąc mu pomóc, powiedziała:

 – Opowiedz mi wszystko. To ci ulży i uratuje cię od powtórzenia takiego postępowania.

– Nie, nie, mamo, ja nie mogę! Ja siebie za to nienawidzę, że zasmuciłem ciebie i tatusia, ale nie pytajcie… Ja nie mogę!

George drgnął odwracając swoją twarz od smutnego wzroku matki. W tej chwili weszła Bessie, niosąc na tacy koktajl, jajka i kawę. Pani Gardy pozostawiła ich, a sama, prawie gwałtownie, wyszła z pokoju, zraniona głęboko w serce. Zrozumiała bowiem, że George nie dokończył swego wyznania, ponieważ umiłował grzech zamiast tego, aby go znienawidzić i odrzucić od siebie, przyznając się we wszystkim bez zatajenia. (Przeważnie śpieszymy oddać rzecz obrzydłą nam, niepotrzebną i nużącą, ale chowamy i ochraniamy przed drugimi to, co jeszcze może nam się przydać, i co mamy nadzieję jeszcze puścić w obieg). George zrozumiał uczucie matki i wyglądał na zawstydzonego. Usiłował niby jeść, ale nie mógł i poprosił Bessie, aby sprzątnęła śniadanie. Widząc, jak siostra zasmuciła się, powiedział jej:

– Nie smuć się, moja droga, ja nie mogę jeść, zapewniam cię, nie jestem głodny. Oprócz tego, nie jestem wart całej waszej troski. Powiedz mi, Bessie, czyżby tatuś był zupełnie pod wpływem tego wrażenia albo snu, albo jak to nazwać, co jemu się przywidziało?

– O tak, tak! – odpowiedziała Bessie bardzo poważnie – on teraz zrobił się taki dobry, całuje mamę i wszystkich nas, gdy się wita i gdy się żegna; w ogóle stał się taki przemiły i łaskawy. Wcale nie uważam, że jest nie  w porządku na umyśle. Willie powiedział, że nasz tatuś „non campus meantus”. To jest po łacinie. Willie nie mówi, co to znaczy, ale ja się domyślam, że Willie także myśli, że tatuś trochę nie jest w porządku na umyśle. – Gdy Bessie udawało się zapamiętać jakieś mądre słówko, wówczas używała je przy każdej okazji, słusznie czy niesłusznie. Tak i teraz powtórzyła dwukrotnie „na umyśle”, i George uśmiechnął się, ale to był niedobry uśmiech i gorzki, jakim nie powinni w tym wieku młodzieńcy się śmiać. Odwrócił się do ściany i leżał rozmyślając. Ponowił prośbę, aby Bessie sprzątnęła śniadanie.  Po pewnym czasie powiedział głośno:

– Chciałbym wiedzieć, czy on da mi trochę pieniędzy, dopóki jest taki dobry i łaskawy.

– Kto? – spytała zdziwiona Bessie. – Tatuś?

– Jak to, ty jeszcze ciągle jesteś tutaj, Miss Ciekawość? Po co tu pozostałaś? Lepiej wynieś to wszystko precz!

George mówił tonem „bólu głowy”, jak przezwała Clara jego rozdrażniony ton. Nie sprzeciwiając się już bratu, Bessie zabrała całe śniadanie na tacę i wyszła, a George w swoim umyśle, nie całkiem jeszcze wytrzeźwiałym, rozważał czy ojciec da mu pieniądze na hulankę z towarzyszami, u których zadłużył się wielce i dużo przegrał.

Obok jego pokoju matka trwała na kolanach w wielkiej rozpaczy i lęku o swego pierworodnego, wołając do Boga zbolałym sercem:

– O Boże, to doświadczenie jest ponad moje siły. Widzę syna oddalającego się od matki, żyjącego tak źle, że on nawet o swoim życiu nie może opowiedzieć matce. O, ja tego nie mogę znieść. Zlituj się nade mną, Panie! Naucz, jak ratować mego chłopaka. On był tak łatwowierny, szczery i nienawidził skrytości lub zatajania. Wróć go do życia, jakim on poprzednio żył! Jak radośnie i przyjemnie było mi widzieć go w męstwie i uczciwości, nie ukrywającego swojego postępowania, nawet przestępstwa i winy! A teraz! Teraz! On nie znajduje w sobie tyle męstwa, aby przyznać się do swego trybu życia. Ukrywa je dlatego, że pociąga go zło. O, miłosierny Ojcze! Jeśli istotnie jesteś miłosierny – wysłuchaj mnie! Nie dopuść złemu demonowi, nie pozwól mu zgubić mego dziecka poprzez zapanowanie nad jego ciałem. Ratuj mego syna, póki nie jest jeszcze za późno! Ile Twoich stworzeń służy szatanowi, odrzucając Twoją miłość! I oto zły duch przyszedł do mnie, do mojej rodziny, aby zgubić czystą duszę mego dziecka. Słyszałam westchnienia innych matek  i nie rozumiałam ich cierpień, a teraz spadło to na mnie. Oszczędź mnie, Wielki, Wszechmogący Boże! Ratuj mego chłopaka, mój skarb! Serce moje wygłodniało z tęsknoty za nim – za dawnym, łatwowiernym, szczerym dzieckiem. Lżej byłoby widzieć mi go martwym, niżeli takim jak wczoraj. Oszczędź, oszczędź, o Boże!

Tak modliła się matka z suchymi oczyma, prawie z rozpaczą. A ten, o którego płynęła ta modlitwa z rozbitego matczynego serca? Ten stawał się coraz bardziej oziębły i na chłodno rozważał możliwość wyciągnięcia od ojca jak najwięcej pieniędzy na swe nikczemne życie.

O, ta pożądliwość złego! To dążenie do pijaństwa i rozrywek! Dwa demony-bliźnięta, gubiące tych młodzieńców: ujmują ich pod ramię, aby wlec na drogę do piekła, zaznaczoną szkieletami poprzednich ofiar. A u nas jeszcze dotychczas mędrkujący ludzie mówią, że nie ma specjalnej szkody, jeśli młodzi ludzie „się bawią”, „oddają daninę swego wieku” i „trochę sieją kąkol”… Trochę! – O, ślepcy i głupcy! Pokażcie mi jednego z tych, którzy wstąpiwszy     na śliską ścieżkę pokus, znalazł w sobie siłę zatrzymania się i podniesienia z powrotem na poprzedni poziom życia? Jeśli nawet i są tacy, to tylko dlatego, że w Niebie żyje Bóg, miłujący podobnych grzeszników; dla nich zesłał Syna Swego Jednorodzonego, aby On zbawił ich Swoją śmiercią na krzyżu i dał im nowe, czyste serce przez odrodzenie.

Przeważnie rodzice niczego nie podejrzewają i z pewnością sobie mówią: „Mój chłopiec nie postępuje tak źle”. A ilu rodziców jest świadomych tego, z kim spędza swój wolny czas ich dorastający syn? „On jest z kolegami” – mówią zaślepieni, słabi rodzice.

Ale czyż wy wiecie, że jeden zły kolega może zepsuć setki takich, jak wasz syn? Czy wielu młodzieńców może, nie rumieniąc się ze wstydu, powiedzieć swoim matkom i ojcom jakie miejsca oni odwiedzają, jakich rozrywek już zakosztowali i na co tracą pieniądze? Obecnie tak wiele się rozprawia o Bogu, o służbie Jemu, o różnych systemach wychowawczych młodzieży, a jednocześnie całe współczesne życie jest tak ułożone, że w teatrach, w literaturze, w gazetach, na ulicy, na każdym kroku, wszystko oddziałuje na wyobraźnię i złe skłonności, na szkodliwą ciekawość, zbyt pobudzającą nerwy. Jedno tylko może uratować młodzież naszą: przyjęcie Chrystusa Zbawiciela i napełnienie Duchem Świętym.

Czy często nam się zdarza po przeczytaniu gazety lub książki odłożyć je z błogim uczuciem spokoju od opisanej w nich dobrej sprawy, wzniosłego pobudzenia i odświeżającej myśli? Czy można odczuwać chęć wzorowania się na widzianym lub przeczytanym, aby żyć lepiej, uczciwiej i spokojniej? Jak mało takich książek, szczególnie dla młodzieży!

Dwa tysiące lat temu Pan Jezus Chrystus napominał ludzi, aby mając oczy, widzieli, a mając uszy, słyszeli. Starajcie się i wy sami żyć w Chrystusie i pokazujcie dzieciom waszym dobre i piękne przykłady, aby przy pokusie rozrywek i przyjemności rozumiały, że to wszystko nie jest prawdziwe, rzeczywiste szczęście, że jest inne, lepsze, piękniejsze, bardziej trwałe i wieczne, o którym mówi Ewangelia.

Troszczymy się, aby dzieciom dać świetne wykształcenie, co im w przyszłości zapewni doskonałe posady i stanowiska. Chrystus, postawiwszy ponad wszystko duszę człowieka, przykazał zachowywać ją w czystości.

George nie był do gruntu zepsuty, ale w swojej słabej woli nie znalazł sprzeciwu wobec otaczających go ze wszystkich stron pokus i złych przykładów. U samolubnego ojca nie znajdował oparcia, ojcu zawsze brakowało czasu, dawał synowi tylko rozkazy. Teraz dopiero zrozumiał owoce tego wszystkiego.

Pan Gardy, zgodnie ze swą obietnicą, poszedł do swych sąsiadów Kakstonów. Ostatnio poróżnił się z nimi i teraz obawiał się widzenia z dumnym i surowym Kakstonem-ojcem. Jednakże w ciągu tych dwóch dni nauczył się patrzeć na wszystko inaczej i czynić to, co należało, a nie to, co mu się chciało. Stał się nowym człowiekiem w Jezusie Chrystusie. Zadzwoniwszy do drzwi, w myślach prosił Boga o nauczenie go zachowania rozsądku i skromności. Na głos dzwonka wyszedł młody James, ubrany w płaszcz i kapelusz; było widoczne, że prawdopodobnie szykował się do wyjścia z domu. Młody człowiek drgnął, poznawszy pana Gardy.

– Wychodzisz gdzieś? – zapytał pan Gardy – w takim razie nie wejdę do domu, ale przejdziemy się razem. – James zamknął drzwi i obydwaj milcząc szli obok siebie. Pan Gardy spokojnie zapytał:

– James, proszę cię, czy to prawda, że ty i Clara jesteście zaręczeni?

– Nie, panie, to jest… nie zupełnie tak; zaręczynami tego nazwać nie można. Oboje z Clarą pragnęlibyśmy tego. – Pan Gardy niechcąco uśmiechnął się. James pośpiesznie dodał: – My byśmy pragnęli tego, jeśli pan pozwoli.

Pan Gardy przeszedł kilka kroków w zupełnym milczeniu i zamyślaniu i uważnie popatrzył na Jamesa. James był rosły; pięknym go nie można było nazwać, jak to słusznie zauważyła mała Bessie, ale miał dobre i szczere oblicze. Jego jasne, błękitne oczy patrzyły stanowczo i uczciwie, dając pewność, że na tym człowieku można polegać we wszystkim. Czuło się, że on sam utoruje sobie drogę bez postronnych kłopotów i poparcia. Można było się domyślić, że ten młodzieniec – pracowity, miłujący pracę i umiejący dopiąć wyznaczonego sobie celu, jest silnym charakterem. Pan Gardy zrozumiał to wszystko – jakby dokonawszy oceny tej silnej natury. Ścisnęło mu się serce, gdy dokonał porównania Jamesa ze swoim własnym, przedwcześnie rozpitym, synem Georgem. I tu znowu nie mógł się powstrzymać od wewnętrznego lęku, bo wspomniał, że jego głupia pycha zamykała drzwi jego domu takiemu wartościowemu człowiekowi jak James Kakston tylko dlatego, że James był ubogi, a jego ojciec otrzymał podczas wyborów więcej głosów niż pan Gardy i inna wysoko stojąca osobistość. To przemknęło błyskawicznie przez jego głowę. Ponownie spojrzał na młodego człowieka poważnym i badawczym wzrokiem.

– Przypuśćmy, że ja się zgodzę na wasze zaręczyny, to co masz na widoku, aby mojej córce zapewnić to wszystko, do czego przyzwyczajona jest od dzieciństwa w domu rodzinnym? Ona jest wychowana w dobrobycie  i według swego usposobienia nie umie oszczędzać. Cóż więc możesz jej dać?

Pytanie było chłodne i suche. Jednak tylko ton brzmiał poważnie, lecz już bez namiętności. Oczy Jamesa błysnęły, ale spokojnie odpowiedział:

– Mam teraz pracę dobrze płatną, a od wiosny na tym miejscu otrzymam podwyżkę wynagrodzenia. Oprócz tego mam poboczne zajęcie, zarabiam bowiem pisząc artykuły do prasy.

Pan Gardy nie odpowiedział na to nic, a po chwili zapytał:

– Czy wiesz, jaki swawolny i wybuchowy charakter ma Clara?

– Ja od dzieciństwa niemal rosłem razem z nią, panie Gardy. Czuję, że znam ją tak jak i pan.

– Możliwe, że znacie ją nawet lepiej ode mnie… Niestety, nie byłem tak bliski dzieciom, jakby się ktoś spodziewał – odparł nie bez goryczy i ze smutkiem pan Gardy.

James dziwił się obejściu i mowie pana Gardy. Przyjrzał się temu mężczyźnie i zauważył bladość oraz pewne zmieszanie na zbyt zatroskanej twarzy. Toteż ciepło i prosto odezwał się:

– Panie Gardy, pan jest czymś zatrwożony. Ja chciałbym, jeśli tylko bym mógł…

– Dziękuję ci – przerwał mu pan Gardy ze słabym uśmiechem – mnie nie możesz w niczym pomóc. Jedynie w rozwiązaniu waszego problemu z Clarą.            A w tym znajduję pewne przeszkody.

– Między nami nie ma żadnych przeszkód, proszę pana – szczerze zaoponował James. – Proszę być pewnym, że ja Clarę już dawno kocham i że mogę jej zapewnić byt i uczynić szczęśliwą. Czy pan nie wyrazi mimo to swojej zgody? Nie jesteśmy już dziećmi, wiemy do czego dążymy.

James mówił bardzo przekonywująco. Zrodziła się w nim nadzieja, że ten surowy zarozumialec, który jeszcze nie tak dawno bezwzględnie odrzucił go, obecnie z niewiadomych powodów zaczyna mięknąć i jakby zgadzać się na jego prośbę. Pan Gardy dosyć długo milczał, wreszcie prawie szorstko zapytał:

– James, powiedz prawdę, czy pijesz?

– O, nie, panie! Nie piłem, nie piję i nie będę pić.

– A grasz może w karty?

– Pan zapomina, panie Gardy, o naszej rodzinie, szczególnie o mojej matce. Ja zawsze byłem zajęty i wszystkie zarobione pieniądze oddawałem matce. Nigdy niczego nie ukrywam przed nią – odpowiedział James prawie surowo. Po tym wybuchu młodzieńca pan Gardy przypomniał sobie, że wujek Jamesa, rodzony brat jego matki, zubożał przez nałóg gry. Pewnego razu wieczorem odwiedził Kakstonów, błagając siostrę o ratunek w niefortunnej spekulacji na giełdzie. Wiedział, że siostra ma pewne oszczędności. Pani Kakston stanowczo odmówiła, a nierozumny brat rzucił się na nią z pistoletem. James, ryzykując swym życiem, rzucił się ku wujowi, wyrwał mu broń i uratował matkę. Pani Kakston była tak silnie wstrząśnięta wydarzeniem, że zachorowała nerwowo. Nie umarła wprawdzie, ale i nie wyzdrowiała całkowicie i zdrowie jej zawsze budziło obawy, było zachwiane na resztę życia. James był wówczas młodym chłopcem, ale nie było dnia, aby nie wspomniał o tych okropnych skutkach żądzy gry. Bardzo kochał swoją matkę i każdego dnia z miłością wpatrywał się w jej cierpiącą twarz, pamiętając do jakich okropności może doprowadzić zła żądza. Pan Gardy znał to wydarzenie  i pośpieszył powiedzieć:

– Przebacz mi, James, zapytałem o to niepotrzebnie – po czym ciągnął dalej:  – czy nie wyda ci się dziwnym ważne pytanie, na które szczerze proszę mi odpowiedzieć: – czy jesteś chrześcijaninem? To znaczy, chcę zapytać, czy wierzysz w Objawienie Boga ludziom przez Jezusa Chrystusa? Czy się starasz żyć według nauki Zbawiciela, miłując Boga, osądzającego nasze życie? Czy żyjesz tak, jakby każdy twój dzień był ostatnim dniem twojego życia?

James był oszołomiony. Czy pan Gardy jest aby przy zdrowych zmysłach? – błysnęło mu w myśli. Czy nie stracił on rozumu, nagle wyobraziwszy sobie, że jest kaznodzieją? Takich rozmów nie przydarzyło mu się prowadzić dotąd z nikim. Najmniej, z pewnością, mógł oczekiwać tego tematu rozmowy od pana Gardy, takiego dumnego, świeckiego, szczycącego się swoim bogactwem pana! Czyżby to było możliwe, że jest on ciekaw religijnych przekonań swego przyszłego zięcia? Nie odpowiadając na pytanie, popatrzył badawczo na pana Gardy i ze zdziwieniem zauważył w nim wielką zmianę. To spostrzeżenie zmusiło Jamesa do poważnego podejścia wobec postawionych pytań, a poza tym wywołały one w nim duże zaniepokojenie: oto był opanowany, skromny, bardzo pracowity, stronił od nałogów, był surowych obyczajów, lecz nie był głęboko religijny.

– Czy jestem chrześcijaninem? – spytał siebie wewnętrznie, powtarzając pytanie pana Gardy. – Czy jestem gotów iść na męki za moją wiarę? Czy się wyrzeknę dla Chrystusa wszystkich swoich nałogów, nawyków, swego majątku, Clary i swego życia? – Nie, tego nie mógł o sobie powiedzieć. Mówiąc prawdę, on nigdy nie zastanawiał się nad podobnym zagadnieniem. Szczerze i krótko odparł więc panu Gardy:

– Nie, proszę pana. Nie mogę siebie nazwać chrześcijaninem w pełnym znaczeniu tego słowa. Pan mnie pytał, czy ja tak żyję, jakby dzień dzisiejszy był moim ostatnim dniem życia… ale czyżby pan przypuszczał, że to jest możliwe?

Pan Gardy nie odpowiedział nic. Doszli już do rogu ulicy, gdzie pracował James i zatrzymali się.

– Muszę jeszcze z tobą porozmawiać – powiedział pan Gardy. – Dzisiaj jest wtorek, wyznaczmy sobie spotkanie na jutro. Muszę też zobaczyć się  z twoim ojcem i… – pan Gardy chciał powiedzieć, że musi prosić o przebaczenie starego Kakstona, ale powstrzymał się, nie dokończył słów. James z zapałem zawołał:

– To pan nie zabrania mi zobaczyć się z Clarą i pozwala mieć nadzieję, że pan mi nie odmówi? – Zniżył głos i przekonywująco dodał: – Pan nie zapomniał młodości i warunków, w jakich pan sam się żenił.

Pan Gardy nie odpowiedział na to ani pół słowem, ale popatrzył  na Jamesa z takim wyrazem twarzy, że ten nie zapomniał o nim przez cały dzień. Uścisnął rękę Jamesa, szybko pożegnał się i tak samo szybkim krokiem ruszył w swoją drogę. James popatrzył za nim i gdy pan Gardy zniknął w tłumie ulicznym, zamyślony poszedł do pracy z iskierką nadziei w młodym sercu. Odczuwał zakłopotanie, widząc dziwną zmianę u pana Gardy. Inne, silniejsze wrażenie, wysnuł z pytania, czy jest chrześcijaninem. Nawet po pracy,  po powrocie do domu, szczególnie przy wieczornej modlitwie, to wspomnienie prześladowało go i nie dawało mu spokoju. Stał się teraz bardziej poważny, aniżeli kiedykolwiek przedtem, ponieważ zbliżyło się wypełnienie jego marzeń i miał wkrótce rozpocząć nowe rodzinne życie.

 (ciąg dalszy w następnym numerze)

Darowizna

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: