TYLKO SIEDEM DNI – Rozdział IV – Ciąg dalszy pierwszego dnia

CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE

Była już dziesiąta godzina i dzień wydawał się panu Gardy niemiłosiernie krótki wobec ilości spraw, które miał załatwić.

Wszedł do Zarządu i prawie natychmiast spostrzegł na swoim biurku następujący list napisany wyrobionym charakterem:

„Panie Gardy, my wszyscy, pracownicy oddziału odlewni, nie potrzebujemy pańskiej troski, ale być może, następna retorta z roztopionym żeliwem eksploduje obok pańskiego gabinetu. Jeśli pan myśli, że u robotników tylko są kości i ciała, a duszy nie ma, to kiedyś pan się obudzi z innym zrozumieniem. My nie jesteśmy takim stadem baranów, jak ktoś przypuszcza. Jeśli nas wyprowadzają z cierpliwości, to i my przecież możemy za sobą się upomnieć. Proszę doglądać lepiej swoich domowników i wynająć specjalną ochronę, a my i tak okopcimy im twarze”.

Ten grożący list nie był podpisany, a wyraźnie, specjalnie było w nim wiele błędów i ani jednego przecinka. Panu Gardy przydarzało się otrzymać pogróżki i przedtem, ale nie zwracał na nie uwagi. Popisywał się swymi silnymi nerwami i pogardą do wszystkich zastraszeń i pogróżek. Uważał, że tylko tchórze piszą takie anonimowe listy, ale ten dzisiejszy bardzo go zdenerwował. Tylko co przeżyte wydarzenie przydawało wszystkiemu inne zabarwienie. Do tego nie mógł zwalczyć przekonania, że w pewnym stopniu był winien powstania nieszczęścia. Oczywiście, nadzór nad oddziałem odlewniczym nie wchodził w zakres jego bezpośrednich obowiązków, ale szereg osób przecież i jemu wskazywało na zagrażające niebezpieczeństwo i prosiło o podjęcie pewnych kroków. Poczuwał się do winy w karygodnym zaniedbaniu tego, że wtedy nie poszedł obejrzeć kotłów – pod nieobecność uprawnionego inspektora. Dochodzenie o przyczynie katastrofy, zapewne, wyłączy go od odpowiedzialności prawnej, ale w oczach Boga poczuwał się w sumieniu do winy.

Do biura wszedł Berens. Wyglądał na zachmurzonego i powiedział cichym głosem:

– Tylko połowa ludzi dzisiaj stanęła do pracy. Śmierć Skowiłła i ciężkie okaleczenia innych źle wpłynęły na ludzi.

Pan Gardy zgniótł nerwowo list w ręku i rzekł:

– Panie Berens, chciałbym przeprosić poszkodowanych za swoje lekceważenie i nieuwagę. Kim oni są i jak wielkie są ich uszkodzenia?

Berens zdziwił się niebywałym słowom zarządzającego i krótko opowiedział szczegóły wypadku. Pan Gardy ze schyloną głową wysłuchał wszystkiego i spojrzawszy na Berensa, odpowiedział porywiście:

– Chodźmy do oddziału odlewni.

Z gabinetu przeszli przez warsztat remontowy do odlewni. Nawet w ten przepiękny zimowy poranek, gdy na dworze było tak jasno i zimno, powietrze w tym oddziale było dławiące, zgęszczone i nieznośne. Minąwszy tygle, skierowali się ku olbrzymim kuźniom w końcu obszernego oddziału. Poprzez dym i kłęby kurzu widzieli wielkie, rozłożone zwały, obok których poruszały się czarne widma, jak w otchłani piekielnej. Pan Gardy wzdrygnął się od przerażenia, zrozumiawszy po raz pierwszy, jaką jest męką przetrwać cały dzień w takim miejscu i pracować z natężeniem muskułów.

Pan Gardy i Berens zatrzymali się przy wytapiaczu, gdzie nastąpiła eksplozja. Tylko kilku robotników pracowało tam; byli nachmurzeni i rozgniewani. Pan Gardy polecił majstrowi zebrać wszystkich robotników  w innym miejscu oddziału, gdyż koniecznie musi z nimi rozmawiać. Sam udał się na wskazane miejsce, zanim mistrz zwołał ludzi, którzy porzucali narzędzia i udawali się tam, gdzie stał zarządca. Większość z nich to Skandynawowie, Niemcy, Szkoci, miejscowi ludzie oraz kilkunastu ludzi z Polski, z zaboru rosyjskiego. Pan Gardy uważnie przyglądał się im; przed nim stała wroga, surowo wyglądająca gromada. Bardzo dobitnie, wyraźnie, powoli przemówił do nich:

– Możecie przerwać pracę aż do pogrzebu Skowiłła. Maszyny tutaj wymagają przeglądu.

 Ludzie stali nieruchomo i milcząco kilka minut. Wreszcie rosły Duńczyk wystąpił przed gromadę:

– Nie możemy teraz porzucić pracy, bo będzie to ze szkodą dla naszych zarobków. Proszę nam dać pracę w innym miejscu.

Pan Gardy spojrzał na niego i spokojnie powiedział:

– Zarobek nie będzie wam wstrzymany za tę przerwę.

W gromadzie nastąpiło wyraźne poruszenie. Robotnicy patrzyli stropieni i nieufni. Pan Gardy zaś stał przed nimi w wielkim zamyśleniu. Wreszcie olbrzymi Duńczyk wysunął się ponownie i począł bardziej uprzejmie, niż poprzednio, mówić:

– Panie Gardy, sądzimy, że Pan nie odmówi udzielenia pomocy rodzinie zmarłego i innym okaleczonym. Wybrano mnie za skarbnika do zbierania składek dla biednych pokaleczonych towarzyszy. Wszyscy dajemy składki. Mój brat ma wybite oczy…

Łza stoczyła się po brudnej twarzy olbrzyma i spadła na pył węglowy u jego nóg. Pan Gardy zrozumiał teraz, że przed nim stoi jego brat, podobny do niego człowiek. Szloch uniósł się wielką falą w jego piersi i ścisnął mu gardło. Opanował się jednak, wsunął rękę do kieszeni, wyjął stamtąd wszystkie drobne i wysypał pieniądze na dłoń Duńczyka. Następnie, widząc, że jest tam około 4 albo 5 dolarów, wyjął swoją portmonetkę i opróżnił ją ze wszystkich papierowych pieniędzy. Mistrz Berens i pozostali ludzie patrzyli na to, oniemiawszy ze zdumienia, tak było to nadzwyczajne dla zarządcy, którego znali od dłuższego czasu.

– Nie, nie, nie dziękujcie. Zrobię jeszcze więcej dla nich.

Kiedy pan Gardy odchodził stamtąd, zdawało mu się, że kołysze się ziemia… Co znaczyły wszystkie jego pieniądze w porównaniu z życiem, którego się nie wróci, z przyniesioną ofiarą w tym zatrutą gazami grobie? Nie mógł od siebie oddalić wyrazu twarzy patrzącego nań człowieka, odsłoniętego zupełnie. Pośpiesznie przeszedł podwórzem do swego gabinetu i usiadł przy swoim starym, mocno zużytym już biurku. Poczta była już przyniesiona i przed nim leżało około pół tuzina listów. Spojrzał na papiery ze wzruszeniem… co to było warte i do czego prowadził ten cały kołowrót spraw, gdy serdeczny ból  i niedola świata potrzebowała tak wiele współczucia? Jak mało współczucia na świecie! Jak źle widzą i słyszą ludzie, zamykając oczy i uszy na jęki, niedolę i cierpienia wokół nich!

Pan Gardy przypomniał sobie o obowiązkach wobec swojej najbliższej rodziny: Clara potrzebowała pomocy ojcowskiej; nieszczęsny George upodobał sobie przyjacielskie przyjęcia; Alice potrzebne jest jego współczucie, a jego żona nawet teraz zapewne wylewa w domu łzy.

A Kościół! A Szkoła Niedzielna, ratująca od bezcelowego nieróbstwa dzieci, podlotków i młodzież, a zarazem wzbogacająca duchowo dorosłych? Jak mało był dotąd użyteczny!

Musi również zabezpieczyć rodzinę Skowiłła. Trzeba odwiedzić pozostałych pokaleczonych. Trzeba przeprowadzić udoskonalenia w warsztatach dla ułatwienia pracy robotnikom. Trzeba jednocześnie nie odchylać się od koła spraw, które bez przerwy obraca się i wciąga go w wir.

Rozmyślając tak, widział przed sobą oblicze i słyszał glos Wieczności:

– Pozostaje ci do przeżycia tylko siedem dni.

Od tych rozmyślań poderwał go gwizd oznajmiający południe. Jak to? Czyżby już było południe? Jak szybko przeleciał czas. Pośpiesznie obrócił się do swego biurka, zebrał listy, przejrzał je i na niektóre podyktował odpowiedzi niecierpliwemu sekretarzowi, zdziwionemu dzisiaj niezwykłym zachowaniem się naczelnika. Wśród wielu listów znalazł jeden, zawierający wymówkę; oto było zaproszenie do klubu na obiad i uroczystość udekorowania przewodniczącego drugiej kolei. Podobne zdarzenia rozrywkowe pan Gardy bardzo kiedyś lubił. Przypomniał sobie, jak często spieszył na takie zebrania, pozostawiając swoją żonę siedzącą w samotności przy kominku. Jak on mógł     w ten sposób postępować? Wrzucił pozłacane zaproszenie do kosza, powstał  z fotela i począł chodzić po pokoju, myśląc… myśląc… Jak wiele musi jeszcze zrobić, a czasu tak mało. Z tymi myślami wyszedł i szybko skierował się do restauracji, gdzie przyzwyczaił się zjadać obiad, gdy nie wracał do domu. Z jedzeniem uporał się szybko i zawrócił do biura. Idącego chodnikiem minęło dwu młodych ludzi i potrącili go; młodzi szli bowiem na wesoło, paląc i głośno rozmawiając. Panu Gardy wydało się, że wymówili jego nazwisko. Spojrzał na mówiącego i poznał twarz młodego człowieka, widzianą przez siebie we śnie, tego samego, który obrazi Georga i później z nim się bił. W pierwszej chwili pan Gardy chciał przemówić do młodzieńca i wypytać o przyzwyczajenia swego syna, ale opamiętawszy się postanowił zaniechać tego zamiaru, a porozmawiać dokładnie z samym Georgem. To będzie bardziej stosowne. Pośpieszył do swego biura i wyjaśnił sekretarzowi potrzebę dłuższej pracy, przeszedł się po innych pokojach, a następnie podszedł do telefonu i pragnął mówić z kierownikiem Szkoły Niedzielnej. Ten człowiek był księgowym  w pewnym domu handlowym. Pan Gardy chciał możliwie jak najszybciej z nim się rozmówić. Z mieszkania kierownika odpowiedziano mu, że wyjechał  z miasta do krewnych, gdzie ktoś zachorował i wróci stamtąd nie wcześniej aniżeli w sobotę. Pan Gardy zasmucił się. Ciągle pamiętał o tym, jak mało pozostawało mu czasu. Umacniało się w nim postanowienie, by zrobić wszystko w ciągu tygodnia, co tylko było w jego mocy, żeby chociaż częściowo złagodzić swój potworny egoizm i całe swe poprzednie miłujące siebie samego życie. Chciał przeżyć ten tydzień tak, jak żyje tylko niewielu: sumiennie wypełniając swoje obowiązki i myśląc o otaczających go ludziach więcej niż  o sobie samym. W tym zamiarze już poczynał znajdować ulgę. Ku swemu własnemu smutkowi począł już rozumieć, że człowiek nie zawsze może naprawić warunki. Na przekór naszym lepszym zamiarom zmuszeni jesteśmy wyczekiwać stosownej chwili, aby wypełnić to, co zamierzaliśmy uczynić natychmiast. Nie w naszej mocy odkupić chociażby siedem lata samolubnego życia siedmioma dniami samozaparcia się. Śmierć Skowiłła pokazała panu Gardy, że jest on bezsilny w niektórych wypadkach.

Obawiał się teraz, że kierownik Niedzielnej Szkoły może nie powrócić na czas i jemu nie uda się przed nim wyznać żalu, szczerze żałować, że nie pracował w jego szkole. Ulegając serdecznej pobudce usiadł przy biurku i napisał list do niego, w którym przedstawił swoje uczucia żalu i pokuty.

Równocześnie nakreślił propozycje władzom kolejowym w następujących punktach:

  1. W kuźni i w szlifierni kurz powinien być stale usuwany dla ochrony zdrowia robotników. W obydwu oddziałach powinien być zainstalowany nowy wentylator i elewator. Kolej nie poniesie wielkich kosztów, a robotnikom polepszą się warunki zdrowotne w pracy, co wpłynie korzystnie na przedłużenie ich życia. To jest bardzo ważne.
  2. Należy mądrze i poważnie zająć się tą sprawą, aby skrócić (do minimum) niedzielne dniówki lub remonty w warsztatach naprawczych i w ruchu pociągów. Naturalnie pociągi z szybko psującymi się towarami nie powinny być przetrzymywane; do ich obsługi należy użyć kolejowych funkcjonariuszy, lecz w bardzo ograniczonej liczbie osób. Wycieczkowe i osobowe pociągi powinny być ograniczone do minimum.
  3. Kontrola kotłów, retort i form u maszyn wszelkiego rodzaju powinna być powierzona rzeczoznawcom, którzy będą odpowiedzialni za wszystkie wypadki i karani szczególnie za kalectwa lub śmierć robotników.
  4. Na wypadek ciężkiego kalectwa lub śmierci robotników z winy przedsiębiorstwa, przedsiębiorstwo powinno okazać pomoc pieniężną rodzinom poszkodowanych lub zabitych i – o ile jest w jego mocy – zapewnić im przyszłość. (Takie prawo zastosowano już w całej Ameryce).
  5. Każde umiejętnie zorganizowane przedsiębiorstwo może zaprosić kilku duchownych, mając na względzie duchową korzyść swych pracowników.

Była już trzecia po południu.

Krótki zimowy dzień dobiegał końca. Huk w warsztatach maszynowych zaczynał go już męczyć; czuł silne bicie pulsu i zapragnął czym prędzej uciec z tego szumu. Przedtem zazwyczaj szedł do klubu grać w szachy lub szedł spacerkiem do muzeum sztuk pięknych, gdzie lubił spędzać swój wolny czas, lub gdy w biurze nie było bardzo ważnych spraw. Wszak młody Welman zajmował się sprawą urzędowych papierów, a pan Gardy zawsze po godzinie czwartej był wolny. Teraz było inaczej; pan Gardy był zajęty myślą o okaleczonych robotnikach. Musi ich odwiedzić; gdyby tego nie zrobił, nie będzie mógł się uspokoić. Pan Gardy łatwo znalazł do nich drogę. Nigdy przedtem nie zauważył tak silnego kontrastu między ubogimi mieszkaniami robotników, a swoim luksusowym mieszkaniem. Właściwie on nigdy przedtem nie myślał o tym porównaniu, a po prostu żył tylko dla siebie – i to było wszystko. Teraz dopiero, mając na uwadze koniec tygodnia, wiedząc, że po tym czasie będzie takim nieboszczykiem jak Skowiłł, rozumiał też, że nie potrzeba mu będzie martwić się o przymnożenie swego bogactwa, gdyż nie wolno mu będzie korzystać z niego. Usilnie więc myślał o innych, i o tym, co on mógłby jeszcze uczynić dla ich szczęścia. Potrzeby materialne i cierpienia fizyczne biednych zdawały mu się w chwili obecnej tak wielkie, że był cały tym pochłonięty. Wkrótce pan Gardy znalazł robotnika oślepionego po wypadku, który obmacywał rękoma jakieś kawałki drzewa przyniesione przez dzieci. To był właśnie ten Duńczyk, mężczyzna słusznej budowy, silny, bardzo podobny do swego brata. Żal było patrzeć i widzieć go leżącym jak niedołężne dziecko, kiedy zachował jeszcze całą moc swoich muskułów. Stojący obok brat rzekł niewidomemu:

– Olafie, pan dyrektor, pan Gardy przyszedł cię odwiedzić…

– Gardy? Gardy? – zdenerwowanym głosem zapytał nieszczęśliwy – skąd ja mogę wiedzieć, kto to jest?

– To jest główny dyrektor przedsiębiorstwa, w którym pracowałeś. To on okazał ci tak wielką pomoc pieniężną.

– A, to on zmusił mnie do pracy w niedzielę! To on pozbawił mnie oczu! Głupi z niego człowiek! Nie chcę mieć z nim nic do czynienia.

Po tych słowach odwrócił się do ściany i leżał nieruchomo. Brat chorego począł przepraszać pana Gardy, lecz pan Gardy zaoponował:

– Proszę mnie nie przepraszać, ja w zupełności zasłużyłem na taką wymówkę, jaką otrzymałem od nieszczęśliwego, lecz z powodu ważnej przyczyny chciałbym usłyszeć teraz, że Olaf mi przebaczy.

Pan Gardy zbliżył się do łoża chorego i zaczął z nim rozmawiać tak serdecznie, jak gdyby był z tym człowiekiem w zażyłych stosunkach i znał go wiele lat:

– Ja bardzo zawiniłem wobec ciebie, w tym wypadku, bo istotnie rozkazałem pracować w niedzielę. Nie dopełniłem też obowiązku skontrolowania maszyny. Przyszedłem tu dziś powiedzieć ci o tym i prosić cię o przebaczenie. Czy nie możesz mi teraz powiedzieć, że mi przebaczasz?

Przez chwilę ogromne ciało chorego trwało nieruchomo. W pokoju było tak cicho, że usłyszałbyś przelot muchy. Wreszcie leżący człowiek drgnął i szeroka ogorzała dłoń wyciągnęła się w stronę pana Gardy, a głuchy głos niewidomego zabrzmiał słowami:

– Tak, przebaczam ci więc. Bóg nakazał przebaczać; uczyliśmy się o tym w starej Biblii, w mieście Swendorfie.

Pan Gardy nakrył wyciągniętą dłoń swoją dłonią i wargi jego zadrgały w dziękczynnej modlitwie. Czyżby to był pan Robert Gardy? Czy on to naprawdę robił? Jestże to ten sam człowiek, który zaledwie jedną dobę wstecz był taki wyniosły, napełniony samozadowoleniem i egoizmem, który tak obojętnie osądzał i potępiał kazanie swojego pastora, za to, że napominał on do obowiązku prowadzenia życia w duchu Chrystusowym? Czy to rzeczywiście on? Stojący pokornie w biednej izbie robotnika, dokąd dwa dni wstecz na pewno by nie miał życzenia i ochoty wejść? Czy rzeczywiście jest to pan Gardy – żebrzący u robotnika przebaczenia swojej winy, że mógł zapobiec złemu, a nie zapobiegł; mógł wiele zrobić, aby zabezpieczyć przed tak okropnym wypadkiem, strasznym w następstwie?…

Tak, to on, ten sam, a jednak inny pan Gardy, który patrzył w Oblicze Wieczności i teraz dopiero uprzytomnił sobie jak ważne i cenne jest życie. Teraz dopiero zrozumiał wielką kosztowność ludzkich dusz. Chwilę porozmawiawszy z rodziną ociemniałego robotnika, opuścił ich mieszkanie i następnie poszedł odwiedzić innych poszkodowanych ludzi. Już zbliżał się wieczór, gdy skończył tę smutną wędrówkę, zmęczony przeżyciami minionego dnia, śpieszył do domu. Miał wrażenie, że obracał się w innym świecie i dziwił się, jak szybko mijał czas. Westchnienie ulgi wydarło mu się z piersi i zadowolenie na myśl, że spędzi ten wieczór z rodziną. Jaka to przyjemność – móc odpocząć wśród swoich po całodziennym trudzie i zmartwieniach.

Żona wyszła mu na spotkanie. Alice, Clara i Bessie przylgnęły do niego, kiedy zdejmował palto i wchodził do pokoju. Na kominku wesoło płonął ogień. Willie też podszedł do ojca. Zanim podano kolację, pan Gardy opowiedział poważnie o wszystkim, co widział w ciągu całego dnia. Wszyscy byli wstrząśnięci wiadomością o śmierci Skowiłła. Pan Gardy natomiast zaczął obmyślać plan pomocy dla osieroconej rodziny.

– Mamo – powiedziała życzliwie Bessie – ja mam duży pokój i mogę oddać połowę miejsca jednemu dziecku z pozostałych sierot Skowiłła, mnie i tak będzie wygodnie.

Matka z uśmiechem pogłaskała ją po głowie. Poważna Alice zaczęła mówić bardzo rzeczowo i wyrozumiale o sposobie pomocy sierotom. Ojciec zadziwił się jej mądrym wypowiedziom. W tej chwili podano kolację.

– Gdzie jest George? – zapytał pan Gardy.

Zdarzało się, że nigdy nie dowiadywał się, gdzie jest syn. Przyzwyczaił się do tego, że George bardzo często był nieobecny przy wspólnym posiłku. Dziś jednak pragnął widzieć całą swoją rodzinę obok siebie.

– George mówił, że jest dziś zaproszony do Bramleyów na obiad – wtrąciła Clara.

Pan Gardy wysłuchał tego w milczeniu, gdyż z przykrością odczuwał obojętność syna. Jak to – myślał – wiedząc, jak mało mi zostało życia na ziemi, nie bacząc na to, poszedł z domu? Lecz w tejże chwili zaczęło go sądzić sumienie bardziej jeszcze, niż on osądził syna: Co ja zrobiłem, żeby go do siebie w ciągu dziesięciu ostatnich lat zbliżyć i ustrzec od złych i głupich rzeczy? Po kolacji pan Gardy usiadł obok żony; zawstydzony uświadomił sobie, że nie pamięta już, kiedy w taki sposób spędzał wieczór w kółku najbliższych. Podnosząc wzrok swój na żonę, łagodnie zapytał:

– Mary, co teraz będziemy robić? Chcesz, to poczytam ci książkę, jak to było kiedyś, dawniej…

– Nie, lepiej porozmawiajmy ze sobą – sprzeciwiła się pani Gardy, tłumiąc łzy. – Ja nie mogę zrozumieć, co to wszystko znaczy. Myślę, że upadasz na duchu bez żadnej przyczyny. Podczas twojej nieobecności bardzo serdecznie się modliłam. Zdaje mi się, że możemy zacząć nowe, piękne życie, używając część naszego bogactwa na mądrą pomoc dla tych, co cierpią nędzę nie ze swojej winy. Ty sam wiesz, ilu ludzi żyje takim życiem. Na przykład nasz pastor, James i inni w Kościele. Zanadto poddajesz się wrażeniom swego snu; czyż ten sen nie stracił na sile w twoim umyśle?

– Nie, Mary, więcej niż kiedykolwiek jestem przekonany, że miałem objawienie z góry. Bóg mówił ze mną. Ta myśl coraz więcej mnie opanowuje. Kiedy dziś patrzyłem w twarz biednego Skowiłła, uświadomiłem sobie, że żyłem bez pożytku i tylko dla siebie, i okrutnie nadużywałem wszelkich darów życia, którymi tak hojnie obdarował mnie Bóg. O, dlaczego tak postępowałem? To łaska Boża, że On objawił mi tajemnicę i dał mi chociaż siedem dni, abym   w ciągu nich prowadził życie inne i chociaż odrobinę mógł zakryć przeszłość.

Obydwoje zamilkli i zapanowało milczenie. Pan Gardy, uspokoiwszy się, począł rozwijać swe propozycje, plany, jakby najlepiej spędzić drugi dzień. Ponownie opowiedział o spotkaniu z robotnikami i o odwiedzinach u poszkodowanych. Następnie z czułością przyciągnął do siebie Clarę i zaczął wypytywać ją w tak przyjacielski sposób, że pyszna i zarozumiała Clara nie wytrzymała dłużej i opowiedziała ojcu o swojej miłości do Jamesa, o czym przedtem mówiła matce. Pan Gardy obiecał, że nazajutrz zobaczy się z Jamesem. Wprawdzie w ubiegłym tygodniu James Kakston był u pana Gardy i mężnie oświadczył mu o swych uczuciach względem jego córki. Naturalnie pan Gardy potraktował to jako dziecinadę i według swego zwyczaju zabronił Clarze i Bessie odwiedzać dawnych sąsiadów. Teraz wysłuchał cierpliwie Clarę, wyzbył się swojej uprzedniej pychy i złośliwości w stosunku do starego Kakstona i obiecał Clarze porozumieć się z Jamesem. Clara przytuliła się do ojca prawie nieprzytomna od takiego obrotu sprawy. Podobnie, jak i dla wszystkich domowników, postępowanie i zachowanie się ojca – po tym śnie, jaki widział – było dla niej bardzo dziwne, ale nie przywiązywała do tego większej wagi i znaczenia, gdyż była oszołomiona od szczęścia, że ojciec ją kocha i zgadza się na jej ślub.

Prędko minął wieczór; około północy pan Gardy poczuł się szczęśliwy, że mógł dać tyle radości swym ukochanym. I nagle przypomniał mu się George:

– Jaka szkoda, że Georga nie ma w domu; bylibyśmy wtedy w komplecie. Tobie, Bessie, czas spać i zdaje się, że już pora, byśmy wszyscy szli na spoczynek.

Ledwie zdążył wyrzec te słowa, gdy na schodach dały się słyszeć kroki oraz rozmowa kilku głosów. Rozległ się dzwonek. Pan Gardy wstał, żeby otworzyć drzwi. Żona, przeczuwając coś złego, chciała go powstrzymać:

– Nie chodź, Robercie, ja się czegoś o ciebie lękam.

– Nie denerwuj się, Mary. Mnie nic nie może grozić, nie bój się.

Mimo to jednak był wewnętrznie zatrwożony. Miniony dzisiejszy dzień był dla niego uciążliwy i to odbiło się na jego nerwach. Pan Gardy doszedł do drzwi i otworzył je, a żona z dziećmi stanęła tuż za jego plecami. I oto przed nimi stały trzy postacie: George podtrzymywany przez dwóch kolegów, z których jednego pan Gardy widział we śnie. George był kompletnie pijany, tak że nie mógł o własnej sile utrzymać się na nogach. Światło lampy padało na bladego, zataczającego się młodzieńca. On zaś wpatrywał się w twarze ojca i matki pijanym, nieprzytomnym spojrzeniem, od którego dusze ich zastygły w rozpaczy.

Tym powrotem syna zakończył się pierwszy dzień dla Roberta Gardy.

 (ciąg dalszy w następnym numerze)

Darowizna

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: