TYLKO SIEDEM DNI

CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE
Rozdział X – Piąty dzień

Następnego dnia po spowiedzi pana Gardy w całym mieście rozprawiano o jego wczorajszym przemówieniu, tak bardzo nieoczekiwanym i zadziwiającym wszystkich. Wśród rozprawiających byli ludzie pogrążeni w grzechach, wymienionych w przemówieniu, którzy uważali go za pomylonego. Inni uznawali szczerość mówcy i byli podnieceni, ale minęło pierwsze wrażenie jego słów, i oni zaczęli surowo krytykować to wystąpienie „z kazaniem” w takiej sytuacji. Wielu nie rozumiało, czym należy wyjaśnić przemianę w tym człowieku, gdyż nie można było zaprzeczyć, że znany wszystkim pan Robert Gardy zmienił się zupełnie.
Jak powoli ludzie uznają moc i władzę Boga nad ludzkim sercem! Nigdy nie myślimy o tym, nie chcemy zauważyć stałej walki w świecie między dobrem a złem. Tymczasem na naszych oczach ludzie stale się zmieniają, idąc w tę albo w inną stronę; to widać każdego dnia naszego powszedniego życia.
Prędzej dostrzegamy zmianę w złą stronę – oto jakiś człowiek opuścił się, rozpił się, stał się zły itp. To nas interesuje, zapełnia szpalty gazet, daje tematy do rozmów. Jeśli natomiast ludzie, którzy przeżyli długie lata nie kontrolując siebie, dochodzą do momentu, w którym zagłębią się w swoje życie i w Słowo Boże, nawracają się w pokucie do Boga, oddają Mu się całkowicie na służbę, to wydaje się to dziwne i zyskują nazwę dziwaków, tracących „zdrowy” rozsądek. To, co się stało z panem Gardy, było wyjątkowym wypadkiem. On przecież nie odwracał się świadomie od Boga. Czynił dobro, dawał pieniądze biednym, chodził do kościoła, nie odczuwał jednak swego samolubstwa; uważał, że jego postępowanie jest w zupełnym porządku, skoro wszystkie jego sprawy przebiegają tak pomyślnie. Gorzkie i szczere słowo jego żony poruszyło jego niezupełnie zatwardziałym sercem i Bóg oświecił go objawieniem, zmusił do zastanowienia się i spojrzenia w siebie.
Pan Gardy nie zwracał uwagi na żadne komentarze o nim i o jego przemówieniu. Kierowała nim pewność, że pozostało mu tylko dwa dni ziemskiego życia. Udał się rano do warsztatów, aby uporządkować wszystkie pozostałe sprawy, co zajęło mu dosyć dużo czasu. Resztę dnia i cały wieczór ku swemu zadowoleniu spędził w kole rodzinnym. W ciągu dnia przychodzili niektórzy interesanci.
Po kolacji wszyscy zebrali się wokół Clary. Żyła wprawdzie, lecz ciągle pozostawała nieprzytomna.
Pani Gardy mówiła coś mężowi o jego śnie i o wczorajszym zebraniu, gdy nagle Clara otworzyła oczy i wyraźnie powiedziała:
– Tatusiu, który jest dzisiaj dzień?
Wszyscy drgnęli na dźwięk jej głosu; wydał im się jakiś obcy, jakby z dawnej, zapomnianej przeszłości. Pan Gardy siedział na brzegu łóżka Clary. Serce jego mocno zakołatało, ale wnet się opanował i odpowiedział:
– Dzisiaj mamy wieczór piątkowy, kochane moje dziecię.
Znowu dało się słyszeć pytanie, wypowiedziane dziwnym, obcym głosem:
–Tatusiu, ile dni tobie pozostało?
– Jutro i niedziela – odpowiedział ojciec.
Clara odezwała się znowu:
– Ja odejdę razem z tobą.
Po tych słowach oczy dziewczyny zamknęły się i ciało stało się takie nieruchome, jak było poprzednio. Pokój zaległa cisza. Słowa Clary, że ona odejdzie razem z ojcem, były wyraźnie słyszane przez wszystkich i napełniły serca krewnych strachem. Ojciec opuścił głowę i nie mógł powstrzymać mimowolnego jęku. Matka, prawie nieprzytomna od nowego nieszczęścia i lęku, rzuciła się do córki z okrzykiem błagania i modlitwy o łaskę. Podnosząc jej bezwładne ciało, okrywała je pocałunkami i łzami, błagając o jakieś słowo, chciała ją przywrócić do przytomności; ona zabłysnęła na minutę lub dwie i znowu odeszła, pozostawiwszy dziewczynę w tajemniczym, nieodgadnionym stanie, w jakim leżała od czasu katastrofy pociągu. Wszystkie wybuchy i błagania matki były próżne. Oczy Clary pozostawały zamknięte. George, Willie i Bessie byli przerażeni i bladzi. Bessie płakała. Pan Gardy pierwszy przerwał ogólną rozpacz, podniósł głowę i spokojnie, lecz stanowczo rzekł:
– Ja nie wierzę, że Clara umrze razem ze mną.
– Ach, tatusiu, co cię upewnia w tej myśli? – zawołała Alice.
– Ja nie wiem. Nie mogę tego określić, ani wskazać przyczyny mojej pewności. Wiem tylko, że nie wierzę, aby to się stało.
– Niechaj Bóg uratuje jej życie dla nas – powiedziała pobożnie pani Gardy, a z niepokojem zwróciła się do męża:
– O, Robercie, Robercie! Ja nie mogę znieść tego wszystkiego. To jest ponad moje siły. Dlaczego ty mówisz, że ci pozostało tylko dwa dni życia. Przebacz mi, mój drogi, ale to jest niedobrze. Nikt nie może znać godziny swojej śmierci, a ty jakby przywołujesz ją. Cały tydzień walczyłam przeciw temu, co ci dał sen. To był przecież tylko sen, a ty zamieniłeś go na samowmówienie. Ja nie chcę wierzyć w możliwość proroczego snu. Ty nie jesteś chory i nie ma żadnych objawów, że musisz umrzeć. Ja nie chcę, nie mogę, i nie będę dalej wierzyć w to, Bóg jest zbyt litościwy. Ty teraz jesteś nam tak bardzo potrzebny. Robercie! Będziemy wszyscy modlić się do Boga o zmiłowanie.
Pan Gardy smętnie, ale stanowczo pokręcił głową.
– Nie, Mary. Ja nie mogę zwalczyć tej pewności, ona jest na tyle silna, że jeszcze więcej upewnia co do tego, że będę od was zabrany w niedzielę. Czyż ja nie walczyłem przeciw temu? Ale przekonanie moje coraz bardziej się umacnia. Bóg jest miłosierny, ja nie wątpię w Jego dobroć. Czym ja zasłużyłem na ten tydzień przygotowania się do odejścia po tak samolubnym życiu? Niewiele czasu upłynie i wszyscy się tam spotkamy. Niechaj Bóg da, abyśmy tam wszyscy byli w jednym miejscu.
Pan Gardy mówił to, co powiedziałby każdy człowiek na jego miejscu. Dzieci z miłością przylgnęły do niego. Bessie usiadła mu nawet na kolanach i przytuliła swą twarz do jego policzka. Ten silny człowiek rozpłakał się od jej dziecinnej pieszczoty, wspomniawszy, jak wiele lat lekceważył rodzinne więzy. Reszta wieczoru upłynęła w rozmowach o przyszłości rodziny.
George teraz całkowicie upokorzył się sercem. Bardzo poważnie i nawet ze łzami w oczach wysłuchał wskazówek ojca odnośnie do spraw służbowych i rodzinnych. Młodzieniec wałczył sam ze sobą; to było widoczne dla wszystkich. Od tego czasu, jak matka widziała go klęczącego przy modlitwie u posłania Clary, był w nim widoczny inny, lepszy duch. Tylko czas mógł pokazać, czy rzeczywiście zmienił się na lepsze, czy też tylko starał się lepiej zachowywać, wystraszony wszystkim, co się działo w domu.

Rozdział XI – Szósty dzień

Od samego rana w sobotę cała rodzina czuła się zmęczona i rozbita nerwowo od niepokoju upływającego tygodnia. Wszyscy byli podnieceni trwogą, że ojciec ich może zniknąć w jakiś sposób, albo umrzeć. Pan Gardy nie mógł sobie wyraźnie przedstawić, iż jego tydzień prawie dobiegł końca. Wydawało się, że to było zaledwie wczoraj, jak powrócił z kościoła i miał swój zadziwiający sen.
Podobnie jak w poprzednie dni zapytał sam siebie: „Co powinienem dzisiaj robić?” Tylko po modlitwie mógł znaleźć odpowiedź. Dopiero po zwróceniu się do Boga zjawiało mu się zrozumienie najpilniejszej sprawy. Są ludzie myślący i twierdzący, że można żyć bez modlitwy, bo to jest taka forma. Jak oni siebie gubią! Oto modlitwa wznoszona przez nas do Boga o mądrość i kierownictwo w życiu – i On ją nam daje. Nie możemy rozwiązać jakiegoś problemu, nie wiemy, jak lepiej postąpić, jaką wybrać drogę, co czynić w pewnym zagadnieniu, ale mrok znika, gdy w modlitwie przedkładamy Bogu nasze trudności, nasze radości i trwogi, nasze obawy i potrzeby, i znajdujemy najlepszą odpowiedź na to wszystko – to czyni Bóg!
Bez modlitwy opanowują nas pożądania, które budzą nasze niedobre nawyki, nasze niechwalebne właściwości i pociągają nas do ulegania zachciankom. Stając do modlitwy, przynosimy nasze niepokorne serce, upokarzamy je, prosimy Boga o pomoc i łaskę podtrzymania, aby danego dnia wypełnić wszystko to, co On nakazuje. Ciężko przychodzi upokorzenie. Ale jak lekko jest po modlitwie odczuć chęć do pracy, rozumieć ją jako polecenie Boże! Po modlitwie stajemy się jako dzieci, gotowi słuchać, gotowi słuchać tych, których kochamy.
W ostatnim czasie pan Gardy nauczył się tego i już nie pociągały go więcej ulubione przyjemności i rozrywki. Nawet nie wspomniał o nich. Niedoświadczana poprzednio miłość do wypełniania obowiązków dawała mu nadzwyczajne zadowolenie. Dzięki temu mógł spokojnie spędzać resztę dni panując nad sobą bardziej, aniżeli jego rodzina. Pozostał tylko żal, że w ten sposób nie żył poprzednio.
Pracował do południa, przyszedł do domu na obiad, znowu powrócił do pracy, mając na względzie spędzenie wieczoru z rodziną.
Około godziny trzeciej powstało w nim nieodparte życzenie rozmowy z pracownikami. Pod jego kierownictwem pracowało ponad 800 ludzi; rozmowa z każdym z nich była oczywiście niemożliwa. Zawołał Berensa i ku jego nieukrywanemu zdziwieniu dał nakaz:
– Przerwijcie pracę na pewien czas i zbierzcie wszystkich pracowników. Muszę z nimi porozmawiać.
W tym tygodniu Berens miał okazję dziwić się kilka razy i teraz otworzył usta, żeby wyrazić sprzeciw, lecz natychmiast się powstrzymał. Popatrzył tylko na kierownika i zawróciwszy wyszedł. Wkrótce główna maszyna została zatrzymana. Ze wszystkich oddziałów olbrzymich warsztatów tłumnie wychodzili robotnicy: z oddziału napraw, ze składów, ze stajni, ze stolarni, z odlewni; zewsząd szli ludzie muskularni, a okopceni, z różnym wyrazem na twarzy, wyraźnie zmęczeni. Zapełnili sobą olbrzymią halę warsztatową. Jedni usiedli, inni stali i opierali się o ogromne, niekształtne części maszyn. Hala przybrała dziwny, niecodzienny wygląd.
Do pana Gardy, idącego ze swego gabinetu przez podwórze, dołączali się urzędnicy i różni pomniejsi pracownicy, ciekawi zobaczyć, co to będzie. Pan Gardy wszedł na podwyższenie i spojrzał dokoła. Powietrze jeszcze było przepełnione zapachem gazu, dymu i drobnych pyłków z opiłek żelaza. Pachniało mieszaniną smarów i spalin, jak to zawsze bywa w takich miejscach pracy. Robotnicy zachowywali się spokojnie i z szacunkiem. Wielu z nich było w czwartek w ratuszu na naradzie i słyszeli przemówienie kierownika. Ludzie, którzy go znali mniej, zauważyli także, że w ich surowym naczelniku nastąpiła zmiana. Szeptem przekazywano wiadomość, że pan Gardy sam zatroszczył się o poszkodowanych, nie bacząc ani czekając na decyzję kierownictwa. Oczy wszystkich zwróciły się na kierownika. On stał na podeście wyprostowany i bardzo blady, i ze swej strony patrzył na nich przez sinawo-mętne powietrze tak uważnie i z takim napięciem, jak oni. Ale tego nikt z nich nie rozumiał, chociaż wszyscy odczuwali coś niezwykłego. Od pierwszych słów pana Gardy zaczęli rozumieć jego wystąpienie.
– Bracia – mówił zarządzający z niezwykłym u niego lekkim drganiem w głosie – ponieważ mówię z wami może ostatni raz, to dziś wypowiem się w zupełności i proszę was o uważne wysłuchanie moich słów. W ciągu 25 lat pracowałem tutaj i nigdy nie pomyślałem, jak należało, o 800 robotnikach tych warsztatów. Nie myślałem o nich, aczkolwiek czasami czytałem ich imiona i nazwiska w spisie Przedsiębiorstwa Kolei. Była mi obojętna choroba lub śmierć waszych dzieci i żon. Nigdy się nie zainteresowałem, w jakich mieszkaniach wy żyjecie, nic o nich nie wiedziałem, oprócz tego, że zapewne w porównaniu z moim są ciasne i niewygodne. Byłem zbyt wielkim egoistą.
Zwołałem was tutaj nie po to, aby się usprawiedliwiać; nie dla tego jedynie. Chcę, byście wiedzieli, że ręka Boża dotknęła mnie. Dopóki jeszcze nie jest za późno, pragnę nazwać was braćmi. Proszę was, jeśli kiedykolwiek wspomnicie o mnie, to wspominajcie takim, jakim jestem dzisiaj, a nie takim, jakim byłem w minionych latach.
Uważałem się za chrześcijanina i członka kościoła. Tymczasem, przyznaję się wobec was, zapomniałem o tym w moich spotkaniach z ludźmi, a także z wami. Proszę, wybaczcie mi moje niechrześcijańskie postępki. Tutaj, w tych warsztatach, widziałem smutny ślad mojej niedbałości i obojętności do was. Całe lata będą potrzebne do zatarcia ciężkich śladów mego zarządzania. A wszystko mogłoby być inaczej i o wiele lepiej, gdybym w swoim czasie zabrał głos, jako chrześcijanin i jako wpływowy zarządca kolei.
Na przykład, mogłem odwołać pracę w niedzielę i zupełnie zlikwidować handel winem. Niestety, nawet nie pomyślałem o tym. O wasze życie duchowe zupełnie się nie troszczyłem, nie interesowałem się nim wcale. Żyłem, dogadzając sobie, zadowolony z mego rozkosznego domu, wykształcenia, powodzenia w życiu społecznym i wzbijałem się w pychę. W ten sposób doszedłem do nieuniknionego końca dogadzania sobie, który wyjaławia serce i gubi duszę.
W imię miłosiernego Boga, odpuszczającego grzechy pokutującemu, dla Chrystusa, wybawiającego nas, wypowiem swoje życzenia jako człowiek, który patrzy już na inny świat i widzi sprawy w innym świetle. Nie pragnę, aby wspominano o moim życiu jak o życiu chrześcijanina; ja tak nie żyłem.
Dzięki Bogu, wy żyjecie przy powstającej jutrzence lepszych czasów dla robotników. Wśród działaczy społecznych jest bowiem wielu chrześcijan, usiłujących zastosować naukę Zbawiciela w handlu i w innych dziedzinach życia. Moje miejsce u was zajmie właśnie taki człowiek.
Jesteśmy stworzeni przez Boga, który umiłowawszy świat oddał Syna Swego jednorodzonego dla zbawienia ludzi. Ale ja zapomniałem o tym i nie zwracałem się do Boga, aby kontrolował moje postępki. Chętnie oddałbym całą swoją majętność, aby żyć nadal i zobaczyć więcej zwycięstw Bożych w świecie.
Proszę was, wy dorośli, i wy młodzi, miłujcie Boga potwierdzając to swoim postępowaniem; bądźcie poddani Jego woli. Sprawdzajcie siebie i wasze życie, patrzcie na bardziej nieszczęśliwych od was. Nie zazdrośćcie bogatym; oni często są bardziej nieszczęśliwi, aniżeli myślicie. Szczęście nie leży w pięknym ubraniu, smacznym jedzeniu, w hulankach, czy w rozrywkach. To wszystko – to złudna przynęta, niszcząca ludzi nie chcących wierzyć, ile wewnętrznych cierpień pociąga za sobą takie puste życie. Nie ma męki gorszej nad tę, gdy człowiek mówi sobie: jak wszystko mogło być inaczej! Tak jest właśnie z bogaczami. Potrzebne są nie dobre warunki, a dobre życie. O, gdyby można było wrócić minione i rozpocząć znowu swe życie…
Rzeczywiste szczęście daje czyste sumienie, które jest w zgodzie z Bogiem i czyste serce, wolne od grzechu. Błagam, uwierzcie temu. Dziękuję wam za waszą uwagę, moje słowa zrozumiecie lepiej, gdy przyjdziecie do pracy w poniedziałek.
Bracia moi, niechaj Bóg błogosławi was!
Kiedy pan Gardy zszedł z podestu i skierował się do drzwi, to niejedna spracowana i szorstka ręka wyciągnęła się do niego ze słowami:
– Niechaj Bóg i was błogosławi, panie!
Pan Gardy był wzruszony, a nawet zebrało mu się na płacz z wewnętrznego niepokoju, jaki go przenikał przy takim serdecznym uścisku jego ręki. Jego przemówienie wywarło na słuchaczach wielkie wrażenie. Wielu ludzi nie rozumiało jednak sensu niektórych wypowiedzi, ale ton przemówienia był im zrozumiały, wzruszył serca głęboko.
Pan Gardy powrócił do biura, a wielkie maszyny i robotnicy – do pracy. W warsztatach zapanował szum, trzask, huk, a ludzie pochylali się nad pracą w zbliżającym się mroku zimowego dnia. Tylko serce zakołatało w nich na wspomnienie o słowach pana Gardy, który po upływie ćwierć wieku rozmawiał z nimi życzliwie i nazwał ich braćmi.
O, Robercie Gardy! Ileż ty opuściłeś wspaniałych, dogodnych okazji, aby kochać i być kochanym! Przy całym twoim bogactwie byłeś bardzo ubogim człowiekiem przez całe życie.
Pan Gardy wrócił do domu, gdzie przywitano go z czułością. Na wstępie zapytał o Clarę, lecz powiedziano mu, że nadal była w tym śnie-odrętwieniu. „Czyż ona nigdy się nie obudzi?” Pan Gardy drżał od strachu. Żona tego dnia dużo się modliła i płakała.
Wieczorem wstąpił James Kakston. Zjawienie się go przypomniało panu Gardy starą sprzeczkę z ojcem młodego człowieka. Pan Gardy oznajmił James’owi, że pragnąłby zobaczyć się z jego ojcem, ale gdyby zaszły jakieś przeszkody, to James winien przekazać swemu ojcu, jak szczerze pan Gardy żałuje tamtej bezsensownej sprzeczki i prosi o przebaczenie.
Szósty dzień kończył się w rodzinnej rozmowie, z trwożnymi przeczuciami, łzami, nadzieją i modlitwą w sercach. Pani Gardy umacniała się w nadziei i nie traciła ufności. Wydawało jej się niemożliwe, aby mąż jej mógł być zabrany od nich następnej nocy. Szósty dzień wysiłku, aby żyć przed Bogiem i chodzić przed Jego Obliczem, kończył się w spokoju dla pana Gardy.

(dokończenie w następnym numerze)

Wpłat można również dokonywać poprzez poniższy formularz
Darowizna
image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply