TYLKO SIEDEM DNI

CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE
Rozdział IX – Czwarty dzień

Pani Gardy wczesnym rankiem cichutko wśliznęła się do pokoju, aby zluzować syna w dyżurowaniu. Zastała go w pozycji klęczącej, na kolanach – on się modlił. Podniosła oczy ku Niebu, dziękując Bogu za zesłaną jej pociechę. Ta cicha modlitwa zbłąkanego syna koiła jej cierpiące serce. Zrobiła cicho krok w tył i zamknęła drzwi do pokoju.
Bessie w ciągu nocy zmieniła George’a, prosząc, by się trochę przespał. Nad ranem sam przyszedł do siostry, mówiąc, że już odpoczął i znowu siedział przy Clarze do rana.
Ranek wstał szary, a śnieg padał obficie, przykrywając białą pierzyną ciemne domy Bartonu. Pan Gardy pomyślał, że śnieg miłosiernie ukryje złowrogie ślady katastrofy na brzegu rzeki i na moście.
– To jest mój czwarty dzień… Jak mam go spędzić najlepiej? Co powinienem zrobić? – zapytywał sam siebie, schylając kolana do modlitwy porannej, która teraz płynęła z jego duszy i odświeżała go.
Oto jak szybko mijał dzień. Odwiedził Clarę, Bessie, Willie’go, zajął się pracą zawodową w swoim domowym gabinecie, a czas upływał. Pan Gardy zdziwił się, gdy zegar oznajmił południe. Przyszedł James Kakston. Bardzo serdecznie opowiedział o wczorajszym zebraniu w kościele. Opowiedział też o swoim nawróceniu i spowiedzi, a pan Gardy w myśli dziękował za to Bogu. Zaraz w jego sercu rozgorzała gorąca modlitwa o własnego syna, aby Duch Święty odrodził go, wybawił od grzechu próżności, hulanek, a skierował na drogę pracy, dobra i czci osobistej.
Clara ciągle jeszcze była w odrętwieniu. Lekarz przychodził, długo ją badał i odchodził. Ojciec w niczym nie mógł być pomocny córce, toteż około godziny pierwszej wybrał się do warsztatów. Pogoda przejaśniła się i pan Gardy był napełniony nadzieją, że w warsztatach wszystko znajdzie w porządku. Napotkany Berens potwierdził to przypuszczenie. Pan Gardy odetchnął z ulgą i zajął się w gabinecie bieżącymi sprawami.
Na dworze zaświeciło zimowe słońce, z ulic zamiatano śnieg, ukazały się sanie z wesołym dźwiękiem dzwoneczków, dolatujących do warsztatów poprzez szum maszyn.
Około godziny trzeciej do pana Gardy przyszedł jeden z jego bliskich przyjaciół, pracujących stale na kolei. Powiadamiał, że w Bartonie przygotowuje się duża narada w sali Rady Miejskiej. Cel – rozważyć, czym i jak pomóc ofiarom ostatniej katastrofy i również ofiarom wybuchu retorty w niedzielę. Towarzystwo kolei na pewno wypłaci odszkodowanie dotkniętym, ale zanim zbadają całą sprawę, rozpatrzą prośby i skargi, upłynie sporo czasu, a pomoc potrzebna jest niezwłocznie. Bez niej ludzie poszkodowani i ich rodziny będą żyć w nędzy. Niemal wszyscy mieszkańcy miasta powzięli tę myśl, że zebranie będzie bardzo korzystne, jak to miało miejsce w podobnych okolicznościach. Wszyscy odczuwali napięcie nerwowe i podniecenie z powodu tej sprawy.
– Czy pan będzie mógł przyjść na to zebranie, panie Gardy? – zapytał jego przyjaciel. Pan Gardy pomyślał chwilę i odpowiedział:
– Tak, zdaje mi się, że będę mógł i przyjdę. – Jednocześnie powstała w nim myśl, która wydawał mu się być narzucona przez Boga.
– Byłoby dobrze, gdyby pan przygotował się wcześniej i wypowiedział się co do przyczyn tych powtarzających się nieszczęść. Niewątpliwie w mieście są ludzie skłonni oskarżać kolei o niedbalstwo i niedopatrzenia, oraz o inne jeszcze braki i niedociągnięcia.
– Dobrze, ja powiem parę słów na zebraniu – oświadczył pan Gardy. Jego przyjaciel po wymianie kilku zdań o naradzie, pożegnał się i wyszedł.
Pan Gardy niezwłocznie usiadł przy swoim biurku i zaczął pisać szybko. Kilkakrotnie odrywano go od tego zajęcia, ale zdążył nanieść notatki na kilku kartkach papieru. Myśl, jaka zrodziła się w nim pod wpływem słów przyjaciela, była następująca: On bezwzględnie pójdzie na zebranie i wypowie tam wszystko, co w nim się kłębi od kilku dni, a domaga się wypowiedzenia. Do domu wyszedł już całkowicie opanowany i zdecydowany.
Tak było w dniach młodości; słynął z tego, że umiał obronić swoją postawę i niewątpliwie obecnie też potrafi dobrać odpowiednie słowa dla przekazania swych nowych myśli. W domu zakomunikował żonie o naradzie:
– Mary, poradź mi, jak postąpić? Co powiesz o moim zamiarze? Ja pamiętam, jak cenna jest dla mnie każda minuta życia. Pamiętam o świętym obowiązku wobec ciebie i naszych dzieci. A przecież zdaje mi się, że mam obowiązek względem tych wszystkich ludzi, wśród których żyłem tyle lat i przez ten cały czas nic dla nich nie zrobiłem. Zupełnie nic: nie byłem ani przykładem, ani słowem nie starałem się przyprowadzić ich bliżej do Boga, dającego nam wszystkim życie i siły. Teraz wszystkie moje myśli skierowane są ku Niemu, memu Stworzycielowi, przed Którym wnet stanę. Tak, moja droga, czuję to i proszę cię, bądź odważna, aby mnie podtrzymać. Zrozumiesz to wszystko później, kiedy mnie już nie będzie. Wierzę mocno, że Bóg posili mnie i włoży w moje usta słowa, które mogą posłużyć jako błogosławieństwo dla innych. To zebranie zesłane jakby przez Opatrzność, abym mógł wypowiedzieć się i w ten sposób ulżyć sobie.
– Robercie – powiedziała jego żona, uśmiechając się przez łzy – to na pewno jest wola Boża. Jeśli widzisz wyraźnie, że to twój obowiązek, to wypełnij go.
Pani Gardy spędzała nadzwyczaj niespokojny tydzień, myśląc o jego końcu z uczuciem bliskim przerażenia. Zmuszona była uznać, że jej mąż nie jest obłąkany, ale może naprawdę w niepojęty dla niej sposób z woli Stwórcy będzie odwołany z tego świata. Toteż myśląc o tym, była bliska utraty rozsądku. Takie momenty utraty panowania nad sobą nachodziły na nią nieraz. Jednakże nie patrząc na strach i niepokój, ten tydzień przyniósł jej wiele radości. Mąż powrócił do niej z poprzednią miłością i czułością narzeczonego i nawet jeszcze z większym przypływem uczucia, wzmocnionego długim czasem, przeżytym wspólnie. I za tę pociechę dziękowała Bogu. Kiedy nadszedł czas zebrania, błogosławiła Roberta, modląc się głęboko, aby jego słowa do ludzi były święte i owocne, wspomożone Słowem Bożym.
Clara pozostawała nadal w tym samym stanie, tak poważnie zastanawiającym lekarza. George, tak samolubny i oziębły poprzednio, teraz pełnił dyżur przy chorej siostrze cierpliwie i uważnie. Nie wychodził z domu, ale gdy ojciec zamierzał iść dokądś, zwrócił się do niego:
– Tatusiu, co polecisz mi teraz robić? Czy ja muszę tu pozostać?
Pan Gardy po pewnym namyśle powiedział do niego:
– Nie, George. Chciałbym, abyś poszedł ze mną. Alice zrobi tu wszystko, co potrzeba. Najpierw pomodlimy się wszyscy razem. Bóg tajemniczo kieruje nami, chociaż w czasie doświadczeń nie rozumiemy tego; dopiero później wszystko staje się jasne.
W pokoju, gdzie leżała Clara, cała rodzina schyliła kolana, oprócz Willie’ego, mocno śpiącego obok chorej siostry. Pan Gardy ujął rękę żony i prawie ze łzami wylał swą duszę w następującej modlitwie:
„Miłosierny Boże! My odczuwamy Twoją miłość ku nam, chociaż nie możemy zrozumieć, dlaczego Ty dopuszczasz cierpienie, niedolę i nędzę. Dziękujemy Tobie za dary nieprzemijające, za miłość, która nie umiera i która oświeca oraz uszczęśliwia nasze życie. Dziękujemy za niepojętą obietnicę niekończącego się życia wiecznego. W naszej obojętności zbyt często lekceważymy to wszystko, co się dotyczy Królestwa Twego. Dawniej żyłem tylko dla siebie, oddając się rozrywkom i zapominając o większych potrzebach i cierpieniach. Pociągany ciałem, jego pokusami, służyłem mamonie w duchu pychy i zguby. Przebacz mi to wszystko, miłosierny Wybawicielu nasz. Przebacz mi, głównemu winowajcy. O, Panie, wszak nawet złoczyńca na krzyżu był ułaskawiony przez Ciebie i przyjęty do Raju; przebacz mi, przyjmij mnie pokutującego szczerze i skruszonego. Modlimy się za naszych drogich, zwróć im zdrowie. Zwróć naszej Clarze drogiej, jeśli jest to zgodne z Twoją wolą, rozum, słuch i wzrok, aby poznała nas i znowu uśmiechnęła się do nas. Błagamy o to, ale mówimy: niech będzie wola Twoja!
Ześlij nam mądre posłuszeństwo Twojej woli. Serca nasze wołają o pomoc, Tobie są znane wszystkie ich uczucia i myśli. Błogosław mnie dzisiaj, oświeć mój rozum i daj siły moim słowom. Naucz mnie, jak powiedzieć bliźnim moim, że całe nasze życie powinno być tylko służbą Tobie. Twoją mocą ograniczyłeś dni mego życia i ja pragnę uwielbiać tylko Ciebie. Tyś polecił mi, o czym mówić, daj też i potrzebne słowa. Błogosław nas wszystkich, odnów nasze serca. Objaw nam Swoją wolę. Naucz nas widzieć, że tylko w tym jest nasze jedyne szczęście. Przebacz wszystkie przeszłe zło, niech ono się nie powtarza w dzieciach naszych, zwłaszcza niech nie powtarzają się grzechy moje. Zbaw nas ode złego i niech będzie Tobie chwała na wieki. Amen”.
Lekkomyślny George odczuł szczerość modlitwy ojca. Ten jeszcze niezupełnie zepsuty hulaka nie mógł sprzeciwić się sile serdecznej modlitwy ojca, oskarżającej jego cielesne życie. Po raz pierwszy w życiu poddał się rozmyślaniom i odczuł odrazę do swych pseudo-przyjaciół i do wszelkich oszukujących go uciech, po których zawsze powstaje gorycz oraz udręki późnego żalu. Widocznie po modlitwie ojca poczynało się budzić w George’u sumienie i już pociągało go, aby rozpocząć nowe, lepsze życie. Oczywiście wobec fałszywego wstydu nie powiedział tego ojcu, nie rozumiejąc, jaką by radość i ulgę sprawił tym przyznaniem się.
Pan Gardy z synem zbliżyli się do gmachu Rady Narodowej i z trudem zdołali przecisnąć się przez tłum ludzi. Zebranie dzisiejsze było wyjątkowo liczne.
Pan Gardy i George widzieli wszystkie znajome twarze. Byli również ludzie z warsztatów, podnieceni poniesionymi stratami. Byli młodzieńcy i młodzi mężczyźni, wielu działaczy i przedstawicieli miasta. Wszyscy tutaj przyszli dlatego, że zbliżyło ich nieszczęście. Wszystkie przegrody między nimi, wytworzone sztucznie, zostały usunięte przez groźną równość – śmierć. Ona przyszła dzisiaj tak blisko, nie rozróżniając ani majętności, ani stanowiska, ani też tytułu.
Zebranie rozpoczęło się jak zwykle. Krótkie i wzruszające przemówienie o przebiegu wypadków wygłosiło kilku działaczy, kilku pastorów, nie wyłączając pana Johnsona. Ogólną żałobę i smutek odczuwało się w przygnębiającym nastroju i trwożliwym spokoju zgromadzenia. Przewodniczący powstał i oznajmił:
– Pan Robert Gardy, nasz znany zarządzający koleją, pragnie teraz przemówić.
Zebrani poruszyli się ze zdziwienia i ciekawości. Wielu mężczyzn posunęło się do przodu, niezmiernie się dziwiąc z jakiej racji i co może powiedzieć ten świecki bogacz kolejowy. On nigdy nie występował z dobrymi przemówieniami i w Bartonie uważany był za przewrotnego egoistę. Pan Gardy przemówił dobitnie niskim głosem:
– Pozwólcie mi porozmawiać dzisiaj z wami. Zwracam się do was, do wszystkich obecnych w ogóle. Proszę mi wierzyć, że w moim sercu zjawiło się wielkie pragnienie wypowiedzenia się przed moimi współmieszkańcami. Jestem nie tym, którego znaliście w ciągu 25 lat. Z łaski Bożej jestem innym człowiekiem. Stojąc przed wami nie mam innego więcej życzenia jak tylko to, żeby móc powiedzieć coś, co byłoby błogosławieństwem dla wszystkich moich współmieszkańców, moich pracowników i całej młodzieży. W ostatnich dniach ręka Boża ciężko spoczęła na mnie, ukazała mi samolubstwo i całą marność ludzkiego serca, a szczególnie mojego. Nikt z was nie pojmie, z jakimi uczuciami obecnie patrzę na was i rozmawiam z wami.
Pan Gardy na chwilę zatrzymał się, jakby zachęcając siebie do dalszego wysiłku. Zebrani byli zdumieni dziwnym początkiem mowy i odczuwało się nieoczekiwany niepokój i podniecenie uważnie nasłuchujących, co będzie dalej. Podnosząc rękę i wzmacniając głos, z twarzą rozjaśnioną męstwem, pan Gardy, ten oziębły egoista, przemówił znowu:
– W tym mieście jest tylko jeden wyższy zakon: miłość Boga i bliźniego. Tej miłości potrzeba oddać serce, rozum, duszę i siłę. Są tylko dwie sprawy, dla których warto jest żyć, dlatego że tylko one dają życiu wartość, piękno i radość. Trzeba żyć ku chwale Bożej i dla ratunku ludzi. Nie będę szczegółowo wyjaśniać wam, dlaczego ja teraz patrzę więcej niż kiedykolwiek w wieczność i odczuwam gorycz i żal, że naruszyłem ten zakon miłości i nie żyłem dla tych dwóch spraw. Bóg posłał mnie dzisiaj ze słowem, które muszę wam przekazać i to jest moim obowiązkiem, więcej świętym niż mój stosunek do mojej rodziny.
Dwa ostatnie wydarzenia wywołały lęk w duszy wielu mieszkańców naszego miasta. Cień śmierci pokrył wiele domów i na tym zebraniu znajduje się wielu cierpiących, których serca oblewają się krwią. Ja sam przeżyłem potworne katusze, gdy potykając się pośród odłamków pociągu szukałem swoich dzieci. Serdecznie współczuję wszystkim swoim najbliższym. Zapewniam was, że mówię szczerze.
Ale dlaczego my wszyscy jesteśmy zdenerwowani, wstrząśnięci i przerażeni zjawieniem się śmierci, a okropniejsze sprawy w życiu nic nas nie wzruszają? W obecności śmierci natomiast trwożymy się i drżymy ze strachu, w jej obliczu zaciera się zwykła obojętność i pewność siebie. Mówimy szeptem, chodzimy na palcach wobec śmierci, która zabija tylko raz i tylko ciało. To nasze wspaniałe życie, w swoim podobieństwie do bytu Bożego, sprawia, że pozostajemy bezpieczni, obojętni i samolubni; nie boimy się życia. Mogę to mówić z własnego doświadczenia, dlatego, że sam żyłem w podobny sposób. Ale proszę porównać śmierć z głębokim sensem, wspaniałością i mocą życia nad nami. W katastrofie zginęło 75-ciu ludzi. To jest potworne. A w dzisiejszych dziennikach przeczytałem obok opisu katastrofy, opis wielu różnorodnych przestępstw w naszym mieście, co wydrukowano małym druczkiem, jakby to było mniej ważne. Nierzadko przestępstwa te zostały popełnione przez naszą młodzież. Tak jest każdego dnia w naszym mieście i na całym świecie. Moim zdaniem, w naszym mieście, w tej chwili umiera nie 75 dusz, ale znacznie więcej: idą do piekła zguby, znacznie gorszej, niż katastrofa na moście, a nikt się tym jednak nie przeraża. Iluż ludzi, jaka masa ludzi w ciągu minionych 25 lat zginęła, zatracając sumienie, miłość do Boga i do bliźniego, do swego obowiązku, do pracy, obowiązku sumienności i honoru. Czyż to nie jest straszniejsze od śmierci i katastrofy?
Zmarli przy eksploatacji retorty i przy zerwaniu się mostu pozostawili po sobie dobrą pamięć; ale jak mamy opłakiwać nieszczęsną młodzież, która zatraca swą duszę w rozpuście i pijaństwie? Ofiary tych grzechów są tysiąc razy większe aniżeli skutki nieszczęśliwych wypadków. Dlaczego nikogo to nie przeraża? Z tego powodu nie urządza się narad, jak tę urządzono. Bardzo was proszę, ustosunkujcie się do moich słów poważnie, zastanówcie się.
Obecni słuchali ze szczególną uwagą. Modlitwa pana Gardy była wysłuchana, szczególna uwaga towarzyszyła słowom jego o śmierci i sytuacji w mieście powodowanej przestępstwami. Twarz mówiącego miała niezwykły wyraz i to zauważyli obecni. W wielu ludziach obudziło się coś w sumieniu.
– Powtarzam jeszcze raz: śmierć wyzwala nasze dusze od ziemskiego namiotu. Ale co czyni życie? Ono dyktuje nam dążenia, kształtuje nasz charakter i nasze zalety, umacnia je i często my sami nie jesteśmy w stanie zmienić ich. Życie przygotowuje dla nas albo Raj, albo piekło. Życie otrzymuje się tylko jeden raz i ryzyko jego utraty jest zbyt wielkie.
O, wy wszyscy słuchający mnie, bracia i siostry moje, i przyjaciele. Ja mocno wierzę, że z wieloma z was nie będę miał już możliwości rozmawiać. Bardzo pragnę, abyście wspomnieli, kiedy mnie już nie będzie, że oddaję niemal ostatnie moje tchnienie w tej modlitwie za was: ustosunkujcie się poważnie do życia! Wykorzystujcie je, jak można najlepiej ku chwale Bożej i dla ratunku ludzi.
Wielkim wrogiem człowieka jest nie śmierć, lecz samolubstwo i dogadzanie sobie. One królują nad światem całym, znajdują się u podstaw wszystkich nieszczęść gubiących ludzi, nie tylko w tym życiu, ale i w przyszłym. Katastrofę, napełniającą nasze miasto takim smutkiem, spowodował ten straszny wróg ludzkości: dogadzanie sobie. Śledztwo ustaliło, że przyczyną wypadku była nieuwaga dozorcy torów, który pracował w stanie nietrzeźwym. On dogadzał sobie, nie myśląc o innych. Okazało się, że to jego stała wada. Może utrwalił sobie tę wadę jeszcze w młodości. Rzeczywiście, czy nam nie wstyd, że wszędzie rozstawione są pułapki na młodzież? Kto się przeciwstawia tej mnogości knajp po wszystkich rogach? Idą tam dorośli, a za nimi i młodzież. Dla takiej przyjemności swoim przykładem niszczą młode życie. Z odrazą odwracamy się od mordercy ciała, ale ściskamy rękę mordercom duszy, którzy popełniają morderstwo nie w afekcie, nie pod wpływem pożądliwości albo gniewu, ale z premedytacją, na naszych oczach i jeszcze niektórzy chwalą ich za to.
Ten nieszczęsny dozorca torów zabił samego siebie przed tym, nim zabił 75-ciu ludzi. On zabił swą nieśmiertelną duszę pijaństwem, a diabeł dokonał reszty za niego. Kogóż więc winić za katastrofę? Dozorcę tylko? Nie, on sam – to jedna z wielu ofiar, które niszczą siebie wcześniej niż niszczą innych. Kto jest winien tego nieszczęścia? Właściciele restauracji, gdzie mu sprzedano wina, i pośrednio my wszyscy współmieszkańcy. Śledztwo wykazało, że dozorca przyjechał do naszego miasta trzeźwym i porządnym człowiekiem. Nie chcę zmniejszać jego własnego grzechu słabej woli, ale są winni jego zguby. Jego współpracownicy widzieli jego upadek, milczeli jednak. Teraz przez katastrofę przyszedł dzień zapłaty i jak ona jest bolesna!
Obywatele Bartonu! Cokolwiek mówilibyście, my, my sami jesteśmy winni tego strasznego nieszczęścia. Wina nasza, ludzi uważających się za chrześcijan, jest jeszcze cięższa. Cośmy uczynili dla ratunku tego zbłąkanego grzesznika? Ja sam to głęboko odczuwam. Gdybyśmy byli całkowicie oddani Bogu, to mocą Ducha Świętego mogliśmy doprowadzić go do świadomości złego i do pokuty w porę. Przecież większość z nas tutaj – to członkowie różnych kościołów. Jeśli tutaj rozczulamy się i płaczemy razem, to właściwie opłakujemy naszą winę i skutki naszego samolubstwa. Szumna i otwarta zachłanność pieniędzy włada naszą duszą; żądza otrzymywania coraz więcej, więcej i więcej, chociażby kosztem wszystkich Boskich zalet, jest w nas zagładą wszystkiego, co matki nasze wymodliły dla nas u Boga.
Widzę tutaj kupców, działaczy społecznych i poważnych ludzi. O co wy najbardziej troszczycie się i walczycie z większym wysiłkiem i nieustępliwością? Jaki jest wyższy cel u właścicieli kolei? Jaki temat w większości wydarzeń interesuje nas w naszych domowych rozmowach w naszym mieście? Nie na próżno powiedziane jest w Piśmie Świętym, że miłość pieniędzy jest korzeniem wszelkiego zła.
Później pragniemy górować jedni nad drugimi i to stanowi nasz wymarzony tron. Siedząc na szczycie swego tronu, czy wiele troszczymy się o tych, którzy są niżej od nas? Boże, Wszechmogący nasz Zbawco! Przecież my zostaliśmy stworzeni nie w tym celu! My wiemy, że nie w tym celu!
O kim-że ja mówię? Do kogo się zwracam? Mówię o sobie, a zwracam się do was z moją serdeczną i gorącą spowiedzią. Strzeż mnie Boże, abym pozwolił sobie z tego miejsca oskarżać was, będąc sam głównym grzesznikiem. W ciągu 25 lat zajmowałem wysokie i odpowiedzialne stanowisko, które było wspaniale opłacane. Ku mojemu zasłużonemu wstydowi, muszę się przyznać, że całe moje istnienie było skoncentrowane na dogadzaniu sobie.
Należałem do Kościoła Chrystusowego przez te wszystkie lata, ale to nie przejawiało się w żadnej świadomej działalności. Nawet nie interesowałem się Szkołą Niedzielną, której zadaniem było ratowanie podrastającej młodzieży od tych pułapek, które są rozstawione na nią wszędzie. O tym, aby innych przyprowadzać do Chrystusa Zbawcy, nawet nie myślałem. Niedzielę, dzień Pański, spędzałem według swego uznania, a nie po Bożemu. Jeśli chodziłem do kościoła, to nie uczestniczyłem w duchowej części nabożeństwa, a tylko krytykowałem. Czy to nie ogólny nasz grzech? Sprawa Boża stoi zwykle na ostatnim miejscu, a dopiero gdy się stanie nieszczęście, coś niedobrego pośród nas, gdy nasze dzieci wpadają w złe towarzystwo, wtedy winimy kościół, oskarżamy kaznodzieję.
Nazywamy siebie naśladowcami Chrystusa. Mówimy, że wierzymy w Jego błogosławioną naukę, wierzymy w moc modlitwy, a On by powiedział nam: „Biada wam, obłudnicy! Biada wam, uczniowie moi tylko z nazwy, obiecujący miłować Mnie i służyć Mi, a potem wstydzący się wyznać Mnie przed ludźmi. Naruszyliście obietnice chrześcijaństwa i porzuciliście modlitwę. Wy nawet z drwiną odnosicie się do tych, którzy wypełniają Moją naukę. Tak jeden z drugim woła do Mnie: My stawiamy siebie wyżej od innych, dlatego, że mamy praktyczne zapatrywanie na życie…”
O, to zgubne dogadzanie sobie, ogólny bożek, któremu tak wielu ludzi służy. Przez prawie dwa tysiące lat zakon Syna Bożego głoszony jest w świecie, a pokoju w stosunku do ludzi nie ma. Jeślibym nie wierzył w przebaczenie pokutującemu grzesznikowi, to stałbym tutaj przed wami bez najmniejszej nadziei zobaczenia Jezusa Chrystusa. Byłem znanym w mieście moralnym obywatelem i dobrym, sumiennym działaczem. W towarzystwie przyjmowano mnie dobrze ze względu na moje bogactwo i stanowisko. W kościele znosili mnie, dlatego że dawałem pieniądze. Ale przed oczyma ukrzyżowanego Baranka Bożego naruszyłem dwa odwieczne zakony – miłości Boga i bliźniego. Pomimo wszystkich zalet, jakie mi przypisywano, nie byłem naśladowcą Jezusa Chrystusa. Przystępując do pokuty błagałem o przebaczenie i o wiarę, i modlitwa moja została wysłuchana.
W sali trwało napięcie wśród zebranych, ukazały się mroczne oblicza. To kazanie było już zbyt szczere i pasujące do wszystkich. Pan Gardy zauważył to, lecz mówił dalej:
– Ja wiem, wielu z obecnych osądzając moje przemówienie powie, że to śmieszne albo w złym tonie, że obraziłem obecnych i obraziłem ich uczucia. Zapewniam was, mówiłem szczerze i szczerze pragnę czynić dobrze. Proszę Radę Kościelną o przyjęcie 10.000 dolarów w banku dla dzieci poszkodowanych. Niech to będzie użyte na ich wychowanie albo na inną pomoc. To nie są moje pieniądze, one należą do Stwórcy. Chciałbym czymkolwiek pokryć minione ćwierćwiecze mojego egoistycznego życia.
Powtarzam, największym w naszym istnieniu jest nie śmierć, lecz życie. Wielkie światowe zagadnienia nie wypełniają się podatkami, stanem giełdy, roboczymi problemami, troską o trzeźwość i tak dalej. Nie. Powtarzam, będąc posłuszny wewnętrznemu głosowi, proszę was o zastanowienie się nad tym, że najważniejsze zagadnienia świata – to rzeczy duchowe: stan ludzkiego serca. Otóż na to powinny zwrócić uwagę władze, ustawodawstwo, rodzice i wychowawcy; oto tym winny się zająć szkoły, przygotowując młode pokolenie, które by dążyło do Królestwa Bożego, o którego przyjście nakazywał modlić się Zbawiciel świata. Jego przykazanie jest jasne: Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam przydane. Ono zwolni więzienia, nie będzie potrzeby tylu sądów, wojska i policji, gazety nie będą przepełnione opisem odpychających, ohydnych przestępstw. Powtarzam: żadne polepszenie życia nie może zastąpić odrodzenia miłością Chrystusową. Potrzebne jest: nie własna sprawiedliwość człowieka, a sprawiedliwość Boża w sercu. Zbawienie jest tylko w Jezusie Chrystusie. Będziemy wierzyć w Niego i przebywać w Nim! Oto w czym jest największa potrzeba świata! Przecież to nieszczęście nie byłoby się stało, gdyby dróżnik żył inaczej i nie upiłby się! Potrzeba pełnego odrodzenia człowieka według słów Chrystusa w Ewangelii Jana, a nie tylko chwilowego wzruszenia. Sądy Boże wypełniają się, gdy Jego Słowo, Biblię, odrzuca się od siebie.
Pan Gardy skończył. W miarę jego przemówienia podniecenie wzrastało, ale po zakończeniu go, wszyscy milcząc zwrócili się ku wyjściu i rozeszli się. Po pewnym czasie spotykało się niektórych z Rady Miejskiej, obecnych na tej pamiętnej naradzie miasta Bartonu. Minęło pięć lat; ci ludzie przyznali, jak niezwykłe wrażenie spowodowało przemówienie pana Gardy. Wywarło ono niezwykły wpływ na wszystkich obecnych. Było podobne do elektrycznego prądu, udzielającego się od słuchacza do słuchacza i zmuszającego wszystkich do uważania z zapartym tchem i w takim napięciu, jakby decydował się ich własny los.
Po przemówieniu pan Gardy spotkał swego syna George’a, który oczekiwał ojca u drzwi. Ojciec był bliski utraty przytomności z osłabienia, jako następstwa po podnieceniu, jakie nim władało podczas wygłaszania mowy. George podał ojcu ramię i obaj milcząc poszli do domu.
Tak się zakończył czwarty dzień pana Gardy.

(ciąg dalszy w następnym numerze)


Humanitarny dramat Sudanu Południowego

Prawie 2 miliony osób ze strachu opuściło swoje domy, szukając schronienia w buszu lub poza granicami kraju.

Długotrwały konflikt i kryzys gospodarczy spowodował gigantyczny wzrost cen żywności. Większości mieszkańców po prostu na nie nie stać, brakuje wszystkiego, wody, żywności, leków. W dwóch regionach ogłoszony został stan klęski głodowej. Szczególnie narażone są dzieci, według szefa biura UNICEF, ponad 250 tys. dzieci w całym kraju jest poważnie niedożywionych – kilkuletnie dzieci ważą tyle, co niemowlęta. Tu pomoc musi być udzielona natychmiastowo, inaczej dzieciom grozi śmierć.

Sudański biskup wskazuje, że dramatycznie pogorszyła się sytuacja w tym najmłodszym państwie Afryki od lat dotkniętym kolejnymi wojnami, ogromnym ubóstwem i klęskami żywiołowymi. Obostrzenia zablokowały nie tylko codzienne życie, ale i proces pokojowy, wciąż nie udało się stworzyć rządu przejściowego.

– Przedłużanie obostrzeń może niestety przynieść ze sobą ponowne zaognienie konfliktu. Partie polityczne wciąż są mocno skłócone i trudno im znaleźć wspólną płaszczyznę spotkania –  mówi bp Kussala.

Sudańczycy modlą się o pokój i światło Ducha Świętego dla polityków, aby umieli wspólnie pracować na rzecz pokoju, sprawiedliwości i lepszej przyszłości wszystkich.

Dramatu wojny i pandemii mieszkańcy tego kraju nie są w stanie sami się podnieść, potrzebują konkretnej pomocy świata. Stąd jego przejmujący apel: „Wiem, że Europa i kraje Zachodu zajęte są obecnie leczeniem własnych ran wywołanych pandemią. Proszę jednak, by zauważono także nasze potrzeby. Bez wsparcia materialnego Sudańczycy nie przetrwają. Błagam, nie zostawiajcie nas samych!”.

Prawie półtora miliona dzieci w czterech afrykańskich krajach jest zagrożonych głodem. Ogłosiły to wyspecjalizowane organizacje Narodów Zjednoczonych ONZ, w tym agencja spraw dzieci, UNICEF. Te cztery kraje to Somalia, Jemen, Sudan Południowy i północne rejony Nigerii.

Justin Forsyth z UNICEF mówi BBC, że że wiele dzieci w tych państwach jest zmuszonych jeść liście i korzenie, choć na świecie wystarczyłoby żywności, by je wykarmić.

„Te sytuacje są wywołane działaniami człowieka. To głównie konflikty i wojny, tak jest w Sudanie Południowym.

Miejsca, w których dzieci umierają są odcięte od dostaw żywności w wyniku walk” – powiedział Justin Forsyth. W ogarniętej walkami Somalii dodatkowym czynnikiem, zwiększającym głód, jest susza.

Według ONZ głoduje tam sto tysięcy ludzi, a liczba niedożywionych sięga prawie pięciu milionów.

Klęska głodu zagraża mieszkańcom Sudanu Południowego, gdzie w lutym tego roku ogłoszono ją – po raz pierwszy od 6 lat – w dwóch okręgach stanu Unity.
Głównym problemem w Unity – mówi Jackson Mungoni z misji PAH w Sudanie Południowym – jest to, że od długiego czasu toczą się tam walki. Ludzie, uciekając przed walkami, zostają bez niczego – tracą miejsce zamieszkania, uprawy, wszelkie środki do życia. Często kilkadziesiąt osób dzieli jeden garnek. Jeśli nie uda się złowić ryb – a mało kto ma wędkę – do garnka trafiają liście drzew i lilie czy hiacynt wodny.

Polska Akcja Humanitarna, która od 10 lat prowadzi w Sudanie Południowym stałą misję, rozpoczyna działania w stanie Unity. We współpracy z innymi organizacjami w kompleksowy sposób odpowiada na najpilniejsze potrzeby mieszkańców stanu, zapewniając potrzebującym dostęp do czystej wody, jedzenia i schronienia. Działania PAH skupiają się na stworzeniu mieszkańcom Unity warunków do samodzielnej egzystencji – stąd m.in. dystrybucja nasion i narzędzi do uprawy roli oraz połowu ryb.

Więcej informacji – Sudan Południowy

Darowizna

Numer konta

FUNDACJA “FILEO” KRS 0000705635
Tytuł przelewu: „Prześladowany Kościół-Sudan Południowy”

BIC (SWIFT): BPKOPLPW

Rachunek w złotówkach (PLN):
PL 30 1020 2791 0000 7902 0269 1947

Rachunek do wpłat w walucie zagranicznej
PL 46 1020 2791 0000 7502 0309 5569

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: