TYLKO SIEDEM DNI

CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE
Rozdział VIII – Dalszy ciąg trzeciego dnia

Pan Gardy skończył większą część nieodzownych spraw, pracując tak intensywnie, jak mu się jeszcze nie zdarzyło. Do domu wrócił o godzinie szóstej wieczorem. W doraźny sposób dowiadywał się o George’a, ale nikt go nie widział od wczoraj wieczoru. Żonę zastał całkowicie wyczerpaną i ledwie ją uprosił, by się położyła i odpoczęła. Alice doglądała chorych – zrównoważona jak zwykle, spokojna i na pozór wesoła, dlatego że była mężna duchem i przyzwyczaiła się kierować sobą. Stan Clary nie zmienił się; leżała cicho we śnie. Alice powiedziała, że w pewnym momencie Clara poruszyła ustami i wyraźnie poprosiła pić. Ojciec jadł obiad tylko z jedną Bessie, która powtórnie opowiedziała o tym, w jaki sposób uratowała się, nie odnosząc przy upadku nawet zadraśnięcia. Dziwne, że wszystkie przeżycia nie pozostawiły na niej żadnych skutków ani śladów.
Zjadłszy szybko obiad, pan Gardy udał się do Clary, gdyż najbardziej obawiał się o nią. Z bólem serca myślał, że jeśli obawy lekarza okażą się rzeczywistością, to Clara straci rozsądek. Miała bowiem władczy, niespokojny i niecierpliwy charakter. Nieszczęście jej byłoby dla niej straszne i potworne, a taka osobowość córki pozwalała mieć wątpliwość co do tego, czy zniosłaby swoje nieszczęście mądrze i z pokorą.
Był już wieczór; pan Gardy postanowił, biorąc pod uwagę sytuację w domu, zostać przy Clarze, nie iść na nabożeństwo modlitewne, zaś z pastorem rozmówić się później.
Siedząc przy nieprzytomnej córce wspominał swoją przeszłość i nie pojmował, jak mógł tak długo lekceważyć swoje podstawowe obowiązki, których wypełnianie przynosiło mu obecnie zadowolenie. Myślał o wielu ludziach jemu podobnych, żyjących tylko dla bieżącej chwili, z dnia na dzień i dla samych siebie. I znowu naszły go myśli, że wszystkim, szczególnie zaś młodym, pragnąłby powiedzieć: „Nawróćcie się do Boga! Nauczcie się miłować otaczających was ludzi, miłować ich więcej, aniżeli siebie! W tym znajdziecie radość, która was nie zawiedzie, a nawet z biegiem lat będzie w was wzrastać i w ostatnich dniach życia przyniesie wam osłodę i ulgę”.
Tok rozmyślań pana Gardy przypomniał mu przepiękną przypowieść o bogaczu i Łazarzu: Taki sam pewny siebie bogacz, jak i on, również zbyt późno zrozumiał swój egoizm i również pragnął uprzedzić swoich bliskich, aby przynajmniej oni poprawili się, póki jest czas. Dla niego za grobem naprawy już nie było.
– Ile mi jeszcze zostało czasu? – czwartek, piątek, sobota… – myślał pan Gardy. – I gdzież ta przeszłość, wypełniona ucztami, rozrywkami, pozostawiającymi tylko samą gorycz o zmarnowane życie? To jedyne życie, które jest walką w każdej chwili, godzinie, między nauką Chrystusową a pokusami i pożądaniami. To jest właśnie to, czego ja powinienem był uczyć George’a, mego pierworodnego syna i uczyć swoim przykładem.
W ciszy wieczoru rozległ się dzwon kościelny.
Zebranie modlitewne w kościele pana Johnson’a zgromadziło nielicznych słuchaczy, gdyż niczym ciekawym nie przyciągało. Ludzie rzadko uczęszczający do kościoła uważali te zebrania za nudne. Ciekawe natomiast, że interesowali się nimi nieliczni wierni, którzy duchowo stali wyżej od innych i więcej od nich pracowali dla Pana. Pastor Johnson nie wygłaszał podniosłych, wstrząsających kazań, tylko swą myśl przekazywał jasno i treściwie z długimi przerwami. Tak wygłaszał naukę, aby jego słuchacze mogli zastanowić się nad wykładaną prawdą, nie denerwując się i nie spiesząc. Taki sposób przemawiania niecierpliwi parafianie, nie interesujący się sprawą Bożą, uważali za przewlekły i smutny. Po prostu nie rozumieli jego przemówień. Dzisiaj było inaczej. Wszyscy przyszli dobrowolnie, głęboko poruszeni potwornym nieszczęściem. Wśród rodzin parafian wielu było ranionych. Jakby za ogólną zmową wszyscy przyszli punktualnie i pastor natychmiast rozpoczął nabożeństwo.
W modlitwie błagał Boga o ulgę dla cierpiących, o błogosławieństwo dla umierających i pocieszenie dla żywych. Wierni odczuwali nieodzowną potrzebę ulgi, jaką daje modlitwa. Wielu modliło się do Boga z głęboką szczerością.
Dawno w tym kościele nie widziano takiego zgromadzenia i takich modłów. Coś podobnego miało miejsce w 1887 roku po strasznym wypadku kolejowym nad Białą Rzeką. Ludzie dopiero wtedy odczuwają prawicę Bożą, gdy nad nimi zawiśnie nieszczęście.
Podczas pierwszej przerwy w modlitwie młody James Kakston wszedł do kościoła i z zachowaniem ciszy podał komuś siedzącemu w tylnych rzędach kartkę prosząc o przekazanie jej pastorowi. Zawrócił do wyjścia, ale widocznie rozmyślił się i powrócił; usiadł przy samym wejściu, starając się nie zwracać na siebie uwagi.
Pastor przeczytał podaną mu kartkę, po czym zwrócił się do zebranych, a w jego głosie brzmiało silne przejęcie, wzruszenie:
– Przed chwilą otrzymałem list od jednego z członków naszego kościoła, pana Roberta Gardy. Prosi mnie, bym przeczytał na głos w kościele jego słowa. Oto, co pisze: „Do Was się zwracam, drogi Pastorze i do Was, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu. Przypuszczam, że wiecie już o nieszczęściu, jakie mnie dotknęło. Troje moich dzieci jechało pociągiem, który uległ katastrofie; dwoje z nich nie doznało obrażeń, lecz moja starsza córka, Clara, doznała niebezpiecznego wstrząsu, stan jej jest ciężki; w tej chwili siedzę przy niej i błagam Boga o jej uzdrowienie. Zamierzałem dzisiaj przyjść na modlitwy i powiadomić Was o zmianie moich poglądów i postępowania. Zbyteczne zapewne byłoby mówić Wam o tym, że przez 25 lat byłem członkiem kościoła, lecz jedynie formalnie. Bardzo rzadko brałem udział we wspólnych modlitwach, a zbyt często krytykowałem kazania. Byłem surowy i oschły wobec moich podwładnych, miałem zimne serce i długo pamiętałem zło wyrządzane mnie samemu; zachowywałem złość na innych członków kościoła. Byłem oschły; niby to chrześcijanin, a przecież dumny, pyszny i wielki egoista. Korzystałem z szacunku i poważania w towarzystwie, a tymczasem w oczach Boga byłem niegodzien niczego, nawet imienia członka Kościoła Chrystusa. Nie myślcie, że teraz popisuję się przed Wami moją spowiedzią. Nie, nikomu nie jest łatwo osądzać siebie samego publicznie, ale głos wewnętrzny nakazuje mi wypowiedzieć się w nadziei, że w ten sposób uzyskam spokój duszy; mówię Wam to, co ostatnio mówiłem Bogu w moich modlitwach.
Wreszcie zrozumiałem swój egoizm oraz całą jego grozę. Dosyć powiedzieć, że niezwykle jaskrawo pojmuję, jak bardzo nie rozumiałem do tego czasu prawdziwego sensu ludzkiego życia. Odczuwam potrzebę wspólnej modlitwy z Wami i o Was. Proszę mi pozwolić mówić w ten sposób, bądźcie wyrozumiali dla mnie, bo prawdopodobnie nie będę już miał więcej możliwości powiedzieć Wam o tym, co mi tak bardzo leży na sercu. Błagam Was, wszystkich członków kościoła, którzy obiecaliśmy w Kościele Chrystusa służyć Mu, wstępując na drogę braterstwa, dobrowolnie i sumiennie. Proszę Was, udzielcie pomocy kierownikowi Szkółki Niedzielnej w jego trudach, usługujcie tej świętej sprawie. Uczęszczajcie na modlitewne zgromadzenia, bo to rzecz bardzo cenna, rozważajcie kazania, aby ich słuchanie służyło Wam w kierowaniu waszym życiem. Najbardziej błagam Was o to: żyjcie każdego dnia prawdziwym, szczerym, prostym, pełnym otwartej miłości życiem chrześcijańskim. Może się wydać bardzo dziwne, że list ten jest niby kazaniem do Was, którzy swoje obowiązki pełnicie o wiele lepiej ode mnie. Jednakże powoduje mną jedynie konieczność wypowiedzenia się w bólu mojej duszy. Jeśli dzisiaj są między Wami ludzie młodzi, to i do nich się zwracam: bądźcie chrześcijanami do szpiku kości, nie tylko z nazwy, jakim ja byłem dotychczas. Przede wszystkim codziennie rano i wieczorem schylajcie kolana w modlitwie, prosząc Boga o uwolnienie od samolubstwa i próżniaczego trybu życia, jakie ja sam, niestety, prowadziłem. Każdy chrześcijanin powinien żyć według obietnicy złożonej przy wstąpieniu do kościoła, kontrolując swoje życie według Ewangelii Chrystusowej.
Otwórzcie Wasze serca, bądźcie prości jako dzieci i starajcie się przejść przez życie jak można najlepiej. Kto w życiu idzie drogą prawdy, patrzy w niebo i widzi je w całej wspaniałości. Patrząc pod nogi tylko, widzi wiele brudu i błota. Pragnę przez to powiedzieć, że trzeba stworzyć ideał życia ewangelicznego i dążyć ku niemu. Zazwyczaj tak lekko i chętnie osądzamy innych, ale tak mało kontrolujemy siebie, skłonni jesteśmy siebie zawsze usprawiedliwiać.
Tak, nawet chciałbym, aby każdy młody człowiek powtarzał w modlitwie: „O, nie daj mi prowadzić takiego próżnego, samolubnego życia, jakie prowadził dumny Robert Gardy!”. Oprócz samego Boga nikt nie wie, ile ucierpiałem w tych ostatnich dniach, kontrolując swoje dawne życie, pokutując za nie i cierpiąc, aż do dziś.
Modlę się, aby wszyscy cierpiący obecnie znaleźli pociechę w Tym, który wziął na siebie grzechy całego świata. Tylko wiara w Zbawiciela przyjmującego każdego pokutnika ratuje mnie od rozpaczy. Wobec mych osobistych cierpień zachowuję nadzieję. Mocno wierzę w życie wieczne i w odpuszczenie grzechów pokutującym, nawet tak wielkich, jakie ja popełniałem. Przebaczcie, że tyle mówiłem o sobie. To było konieczne. Upraszam Was gorąco o modlitwy za mnie, gdy będziecie się modlić za wszystkich pokutujących grzeszników. Wasz brat w Chrystusie, Robert Gardy”.
Pastor skończył czytanie listu z ulgą, gdyż widać było, że choć czytał go wyraźnie, z uczuciem, to szło mu trudno, a przeszkadzały łzy wzruszenia. Zrobiło się tak cicho, jakby nikogo na sali nie było. Wrażenie wśród obecnych było ogromne, wielu słuchaczy tłumiło płacz, ocierając łzy, zaś młodzi nie uśmiechali się, ale nie pozostali obojętni na tę spowiedź. Jeden ze starców powiedział poważnym głosem, powstawszy z miejsca:
– Wypełnijmy skierowaną do nas prośbę i módlmy się za nieobecnego. – Wszyscy zebrani z przejęciem skłonili głowy, wgłębiając się w modlitwę starca, która była bez wątpienia szczera i dotykała wielu serc. Za nią nastąpiły modlitwy innych wiernych.
Pastor wbrew swemu zwyczajowi zwrócił się do parafian z propozycją wyznania grzechów, zachęcając ich do skruszenia serc i sam poszedł za przykładem pana Gardy, prosząc Boga o przebaczenie i oczyszczenie.
– Jeżeli jest tutaj ktokolwiek pragnący siebie skontrolować, nawrócić do Boga i rozpocząć życie szczerego chrześcijanina, to gotów jestem mu w tym dopomóc radą i modlić się za niego – oznajmił pastor. Nastąpiło milczenie. Nagle wstał młody Kakston. Był bardzo wzruszony treścią listu; jakaś nieznana dotychczas moc wewnętrzna popchnęła go do przodu. Duch Święty jakby szeptał mu: „Idź, synu mój, to będzie dla ciebie początek nowego, lepszego życia”. Zwalczywszy fałszywy wstyd, James poszedł za nakazem serca do pastora z serdecznym wyznaniem grzechów, oddając się całkowicie Chrystusowi. W czasie modlitwy o niego, Duch Święty dotknął się jego serca i napełniła go łaska Boża, odradzając go do życia wiecznego.
Od tego momentu rozpoczęło się jego nowe, błogosławione życie, dzięki któremu było mu przeznaczone zostać znanym w świecie. Nie będziemy jednak o tym szczegółowo opowiadać, gdyż to odrębna historia.
Widzieliśmy wszakże, że James początkowo niechętnie pozostawał w kaplicy; dopiero po pewnym zastanowieniu się, zdecydował się nie wychodzić po wręczeniu listu; ani nie przewidział, jaki obrót rzeczy przyjmie jego decyzja i jaki będzie to miało wpływ na dalsze losy.
O, Robercie Gardy! Dobrotliwy Bóg błogosławił cię w twoim tygodniu doświadczeń. Wszak to twoje słowa wstrząsnęły to młodą duszą, przyniosły jej zrozumienie tego, jak wielkimi dłużnikami jesteśmy wobec Jezusa Chrystusa. Nie żyłeś mimo wszystko na próżno, jeżeli swoimi słowami podarowałeś Ameryce człowieka mającego olbrzymi wpływ na wielu innych.
Pana Gardy zostawiliśmy w jego domu, gdy dzwon obwieszczał wieczorne nabożeństwo. Czuwając nad córką, napisał wspomniany list. James zaszedł tam w chwili, gdy pan Gardy skończył pisanie i złożył list. Kościół był blisko, poprosił więc James’a o zaniesienie do adresata. Dalszy ciąg wypadków w kościele już znamy.
W tym czasie pan Gardy czuwał dalej nad Clarą, wraz z Alice. Willie często się zrywał ze snu, trwożąc się, wykrzykując i pocąc; śniła mu się wciąż widziana katastrofa. Pani Gardy obudziła się i z kolei zachęcała męża do snu i odpoczynku, na co się zgodził, zmęczony psychicznie całym dniem, ale nie udało mu się wypocząć. Zaniepokoiło go przybycie lekarza około godziny dziewiątej wieczorem, który przechodząc obok domu widział w oknach światło. Wszedł więc, ponieważ wypadek z Clarą zainteresował go jako niezwyczajny, no i niepokoił. Zbadał ją ponownie bardzo dokładnie i zdecydował przepisać jej inne lekarstwo. Potrzebny mu był do dalszego badania instrument, który miał w swoim domu.
– Ja pójdę do pana domu i przyniosę, co potrzeba, panie doktorze – zaofiarował się pan Gardy. Muszę się przy okazji odświeżyć, spacer po świeżym powietrzu dobrze mi zrobi. – Skierował się do drzwi, a lekarz poszedł za nim, uprzejmie pomagając mu nałożyć płaszcz. Już z ręką na klamce drzwi pan Gardy zapytał lekarza:
– Panie doktorze, proszę mi powiedzieć prawdę o mej córce. Jaki jest jej stan obecnie?
– Bardzo poważny, ale nic więcej nie mogę powiedzieć. Bardzo możliwe, że maleńki zabieg chirurgiczny uratuje jej wzrok. Możliwe jest i to, że moje obawy się nie potwierdzą. Jednakże medycyna w takich wypadkach jest bezsilna i pomóc nie może.
Pan Gardy był lekarzowi wdzięczny za ten przebłysk nadziei i wyszedł trochę uspokojony w ciemną noc. Śnieg rozpadał się i porywisty wiatr utrudniał wędrówkę. Pan Gardy zapiął szczelnie płaszcz, podniósł kołnierz i kapelusz nasunął głębiej. Pochylony nieco szedł naprzeciw nocy i wiatru w kierunku domu lekarza. Ulice były prawie puste. Śnieg oblepiał szkła latarń ulicznych, których światełka były ledwie widoczne. Wiatr był chwilami tak porywisty, że pan Gardy postanowił skrócić sobie drogę przez park przylegający do domu lekarza; pod drzewami było ciszej. Uszedł zaledwie kilka kroków, gdy nagle pochwyciły go czyjeś silne ręce i młody pijacki glos krzyknął do niego:
– Podnieś obie ręce i oddaj portfel! Masz pewnie dużo pieniążków, a my ich potrzebujemy. Portfel albo życie! Nie wahaj się, bo kula w łeb!
Pan Gardy był całkiem zaskoczony napaścią. Otaczała go grupka młodych ludzi, widocznie lepszego pochodzenia, gdyż wszyscy byli dobrze ubrani. Pan Gardy był silnym i odważnym człowiekiem, umiał też doskonale walczyć. Pierwszym jego zamierzeniem było odtrącić od siebie napastników, zbić z nóg najbliższych i samemu uciekać. Rozmyślił się, gdyż jego bystry wzrok prześliznął się po całej grupie młodych i wnet zrozumiał, że to nie zawodowi rabusie, ale młodzież z dobrych domów. Prawdopodobnie ci młodzi hulali zbyt długo i postanowili pobłaznować, urządzając na niego napad dla swawoli. Czy nie takie głupstwa robi się po pijanemu?
Pan Gardy dobrze odgadł. Cóż więc wypadało mu robić? Dwóch napastników poznał od razu: to byli synowie Brown’a, bogatego i poważnego człowieka. Pan Gardy chciał stanąć w pozycji obronnej i poradzić hulakom, ażeby zaprzestali takich niebezpiecznych figli i udali się czym prędzej do domu spać. Trzech napastników stało w cieniu i tych on poznać nie mógł. Te projekty przemknęły mu przez głowę niby błyskawica. Nie zdążył ich wprowadzić w czyn, gdyż z pobliskiej bramy wyskoczył policjant; pijana młodzież, porzuciwszy pana Gardy’ego, rozbiegła się w różne strony. Policjant pobiegł za nimi. Udało mu się złapać jednego z napastników. Wywiązała się walka. Złapany bronił się rozpaczliwie, sprytnie, dosyć umiejętnie, ale policjant okazał się mistrzem w swoim zawodzie, poza tym był silniejszy, bardziej spokojny niż winowajca. Starcie skończyło się tym, że przemógł młodzieńca i pociągnął go w stronę pana Gardy’ego, wołając:
– Otóż, proszę pana, jeden z nikczemników! Słyszałem, jak oni napadli na pana. My już od pewnego czasu obserwujemy tę bandę, ale to są sprytni nicponie i niełatwo było z nimi dać sobie radę, może mi pan wierzyć. No, ten nic za to na tym nie straci. Proszę go tylko poznać, czy to ten napadł na pana, a dalej to moja sprawa.
Trzymając lewą ręką obie ręce chłopaka, a prawą mocno uchwyciwszy go za kołnierz, policjant bez ceremonii przywlókł swą ofiarę do światła latarni. Podniósł jego głowę do góry i uderzeniem pięści zrzucił mu kapelusz.
Pan Gardy spojrzał w młodą twarz i natychmiast poznał jej właściciela, bo krzyknął ze zgrozą:
– George, to ty?
Syn zatoczył się do tyłu z wykrzyknieniem:
– Tatuś!
I tak patrzyli jeden na drugiego, w mroku, wśród wirujących płatków śniegu i zimna. Pan Gardy spoglądał na swego syna surowym wzrokiem, stojąc bez ruchu na tym samym miejscu, gdzie poznał George’a. Trudno opisać uczucia, jakie nim owładnęły. Nigdy nie był łaskawym ojcem dla swoich synów. Najczęściej dawał im pieniądze, gdy go o to prosili, ale przy tym popełniał wielki błąd, właściwy wielu rodzicom: nigdy nie sprawdzał, jak i na co oni te pieniądze wydają. Straszny i brzemienny w skutkach błąd! Za ten błąd płacą nie tylko rodzice, lecz również ich niemądre dzieci, które wciągnięte do złego towarzystwa nauczą się kłamać. Wielu młodych chłopców zbacza na złe drogi dlatego, że dostają do rąk pieniądze wcześniej, niż nauczą się je cenić i rozumieć ich wartość. Pan Gardy nie znał nawyków i sposobu spędzania wolnego czasu swego starszego syna. On, który powinien być przyjacielem i przykładem dla syna, nie znał ani jego upodobań, ani też skłonności George’a. Syn nie zwierzał mu się ze swych myśli i nie przyzwyczaił się opowiadać o swoich pokusach. Tylko przypadkowo w ostatnich niewielu dniach ojciec dowiedział się, że syn jego był, jak się zowie, hulaką. Nie potrafił zaskarbić sobie przyjaźni swego syna, a ten już umiał ukrywać wszystkie myśli i upodobał sobie nałóg nieróbstwa i stałe rozrywki. Spotkali się teraz twarzą w twarz w takich strasznych okolicznościach. Ojciec nie wiedział, co ma robić lub powiedzieć synowi. Nie przyszło mu na myśl, że syn dokonał przestępstwo, za które trafia się do więzienia, za kraty. Pragnął nade wszystko być już w domu i poważnie porozmawiać z synem, mając nadzieję, że może teraz trafi do jego serca, zawróci go na dobrą drogę pracy i honoru. Ale teraz przecież coś musiał powiedzieć George’owi. Policjant patrzył zdziwiony, posłyszawszy trwożliwy okrzyk: „Tatuś”.
Nadal nie wypuścił z rąk kołnierza młodego człowieka, uchwycił go jeszcze mocniej i pytająco patrzył na pana Gardy, dając mu tym do zrozumienia, że łobuz może być synem, lecz jest teraz zdobyczą władzy, stróża porządku publicznego, który nie ma zamiaru wypuścić zdobyczy. George przemówił pierwszy:
– Tatusiu, proszę mi wierzyć, ja robiłem to nie w złym zamiarze. Myśmy wyszli tylko dla żartu, żeby trochę postraszyć przechodniów. Naturalnie, nie spodziewaliśmy się tatusia! Nie mieliśmy zamiaru skrzywdzić kogokolwiek, myśmy tylko figlowali…
– To były bardzo niebezpieczne figle – odparł mu ojciec. Nadal stał z dala od George’a i mówił spokojnie, ale twarz jego powlekała się bladością, serce zaś targał ból i wstyd za pierworodnego syna. Z taką ufnością podchodził do niego! Jak bardzo brakowało między nimi więzi przyjacielskiej. Jak mało pomocy otrzymał od niego chłopiec w tym niebezpiecznym okresie, gdy w nim zaczynały się budzić nowe uczucia i pożądania. Nawałnica myśli kotłowała w głowie ojca. Czyż on znał swego syna? Co będzie, jeśli syn stał się jednym z tych niepoprawnych uparciuchów, którzy są głusi na dobre słowa i tylko wtedy udawają uległych, gdy im to jest potrzebne dla ich wyłącznego celu: uzyskania pieniędzy dla zaspokojenia nienasyconego pożądania zabaw? Co będzie, jeśli syn upodobał sobie próżniactwo? Jego George! Syn takiego solidnego pracownika, jakim był zawsze pan Gardy!
Teraz, gdy mu pozostawało cztery dni życia, jakie miał zużyć w pracy dla chwały Bożej, pan Gardy odczuwał wyrzuty sumienia, najbardziej gorzkie ze wszystkich gorzkich uczuć! Bezsilny, próżny żal! Taki żal przynosi ze sobą mało nadziei na naprawienie skutków lekkomyślnego, samolubnego życia. Wszystkie męki piekła zawarte są w późnej pokucie.
Po słowach ojca George zachmurzył się i milczał. Pan Gardy pochylił się i zagłębił w rozmyślaniach. Policjant, oczekujący jakiejś większej reakcji ze strony starszego pana, powiedział:
– No cóż, czas nam ruszać. Tam, w policyjnej klatce, będzie cieplej niż tutaj, zwłaszcza pod kluczem. Młody brawurzysta pójdzie naprzód. Jutro będziesz szczebiotał przed sędzią wraz z innymi, takimiż pijakami i zawiadakami.
– Poczekajcie! – zawołał pan Gardy – to jest mój syn. Czy pan to rozumie? Co pan zamierza z nim zrobić?
– Ale, jakże, proszę pana! Ma pan o co pytać o takiej porze dnia! Co zrobię? Odstawię go dokąd należy i pokażę tego nicponia uprawiającego kradzież na szerokiej drodze. Tym się zajmie sąd. Nie będą mu pobłażać, mogę pana zapewnić.
– Ależ pan słyszał, co on mówił, że to wszystko było na żarty…
– Wspaniały żart! Zamiar pochwycenia człowieka na pustej drodze i żądanie od niego pieniędzy. O, nie! Taki żart zbyt daleko posunięty. Muszę być posłuszny rozkazom i wypełniać swój obowiązek. Myśmy czyhali na tych zuchów już od miesiąca.
– Ależ – proszę mnie posłuchać, panie władzo, czy pan rozumie, że to mój syn?
– Wspaniałe! Przecież słyszę, ale co z tego? Czyż my nie łapiemy zawsze czyichś synów, każdego niemal dnia, za takie lub inne przestępstwo? Czy pan przypuszcza, że pan jest jedynym ojcem, którego syn związany jest z bandą łobuzów?
– O, mój Boże! Nie! To jest niemożliwe! – zakrzyknął pan Gardy z niezwykłym zapałem. – Ależ to mój starszy syn! Jeśli jego matka się dowie, że on jest aresztowany za usiłowanie ograbienia swego ojca, to ją zabije. Ale przecież przedtem był porządnym chłopcem… Cóż ja wygaduję? On i teraz nie byłby winien, gdybym ja sam bardziej uważnie wypełniał wobec niego swój obowiązek.
Pan Gardy zwrócił się do policjanta z takim udręczonym dostojeństwem, że nawet ten niewzruszony stróż porządku publicznego zrozumiał go i pożałował.
– Niech pan słucha, panie posterunkowy, proszę puścić chłopca. Ja stawię się u was, jeśli będą pociągać za to do odpowiedzialności. Poza tym to nie on napadł na mnie i nie znajdzie pan żadnego dowodu właśnie przeciwko niemu. Wreszcie, on koniecznie musi ze mną wrócić do domu. Ten wypadek rozstrzygnie Bóg. Syn mój podlega sądowi, który jest wyższy niż ludzki.
Policjant stał niepewnie, a pan Gardy podszedł bliżej do syna.
– George – powiedział do niego, jakby zapomniał o obecności policjanta – czy wiedziałeś, że Clara, Bessie i Willie jechali pociągiem, który uległ wypadkowi?
Słowa ojca podziałały silnie na George’a, zbladł bowiem i drżącym głosem odpowiedział:
– Nie, tatusiu, nie wiedziałem o tym… Oni są ranni? Co? Bessie?…
George był wystraszony, zawstydzony i wstrząśnięty wiadomością. Ojciec nie widział go takim nigdy.
– Nie, nie są ranni, to znaczy Bessie nie pokaleczyła się ani trochę, ale Willie dosyć potłuczony, natomiast Clara do tej pory nie odzyskała przytomności i nie wiemy, czym się to skończy. Ja właśnie szedłem do domu lekarza po jakiś instrument medyczny według tej karteczki. Ty musisz wrócić ze mną, według prawa ciebie nie wolno zatrzymać.
Słuchający tej rozmowy policjant wtrącił:
– Możliwe, prawo nie zatrzymuje, ale Michał Finietry nie wypuści tak łatwo tego ptaszka. Nie podoba mi się pana myśl, aby go swobodnie puścić; jemu trzeba dać nauczkę jak należy żyć, a jego słowami nauczyć trudno. Znam takie miejsce, gdzie on otrzyma dobre przetrzepanie, aby ani jemu, ani innym łobuzom nie wyszło to z pamięci.
Pan Gardy wiedział, że policjant opierał się na poczuciu pełnienia obowiązków służbowych. Miał przed sobą człowieka uczciwego, sumiennego, a więc zapewne i dobrego, dlatego też postanowił odwołać się do serca stróża porządku. Prosił go dla jego miłości do własnych dzieci, aby zwolnił George’a. Policjant pozostawał niewzruszony prośbami.
– Ja lubię moje dzieci i żałuję obce i właśnie dlatego nie będę pobłażał pańskiemu synalkowi. Widocznie pan go rozpuścił, dając mu zbyt wiele swobody i teraz trudno będzie to naprawić. Ruszaj się, żartownisiu! Ten spacer będzie dla ciebie korzystny po ostatnich żartach.
Pan Gardy zdenerwował się do rozpaczy, przedstawiając sytuację swej żony. Wreszcie szczerym głosem opowiedział o chorobie Clary, opisał jej niebezpieczny stan i dodał, że to okrucieństwo pozbawiać cierpiącą pomocy, przedłużając nieobecność ojca, podczas gdy mógłby przynieść jej ulgę dostarczając lekarzowi potrzebny instrument do zabiegu. Ręka policjanta opadła z kołnierza chłopca.
– Jeśli stracę miejsce w pracy, to będę wiedział, komu to zawdzięczam. Zawsze sobie mówiłem: „Michale Finietry, z twoim dobrym sercem nie wolno wstępować do policji” – mruczał policjant, lekko uderzając George’a jakby w odwet za to, że musi uchybić obowiązkom.
George był teraz tak zgnębiony, że prawie nie zdawał sobie sprawy z uwolnienia. Pan Gardy gorąco podziękował policjantowi:
– Panie władzo, panie dzielnicowy, pan nie ucierpi na tym, niech pan będzie pewien. Jestem panu bardzo zobowiązany i wdzięczny. Chodźmy, George.
Ojciec i syn ruszyli w drogę, a obrońca prawa stał w zamyśleniu, obserwując ich, jak stopniowo znikali w śnieżnej zamieci. Przestępował z nogi na nogę i mruczał do siebie pod nosem:
– Jestem głupcem z miękkim sercem! Trzeba mi było urodzić się babą i być pielęgniarką w szpitalu. – Och, dzieci, dzieci! – dodał zaczynając od nowa swoją służbową wędrówkę.
Dopóki George z ojcem szli do domu, nie przemówili do siebie ani jednego słowa. Zawieja nie ustawała. Gdy dowlekli się do domu, George w korytarzu spojrzał na ojca. Na twarzy pana Gardy zobaczył taki żal, że jego serce skruszyło się. Ten o słabej woli George nie zupełnie jeszcze zobojętniał. Spojrzenie ojca przemogło go i w tej chwili nie usprawiedliwiał się w swoich oczach. Równocześnie zrozumiał całą głębię cierpienia ojcowskiego, odczuł to po raz pierwszy – i zawstydził się.
Głos własnego sumienia zawsze oskarża surowiej i bardziej dotkliwie, niż najsurowszy sąd ludzki. Młodzież schodząca na drogę upadku zmusza swoje sumienie do zupełnego milczenia, ale przychodzi na nich wcześniej czy później decydująca chwila, gdy sumienie się przebudzi, zacznie mówić, zmusi delikwentów do uwagi na głos wewnętrzny. Bardzo źle, jeśli to sumienie obudzi się zbyt późno i zbłąkany nie ma już czasu powrotu na dobrą drogę. Być może na skutek modłów swej matki, George uniknął tego nieszczęścia spóźnionej pokuty.
Nikt, żadnymi słowy nie potrafiłby opowiedzieć mękę pana Gardy, jaką przeżył tego wieczoru. Na jego twarzy pozostał trwały ślad i nie zniknął z niej aż do grobu. Widok tak nagle zestarzałego i cierpiącego ojca jeszcze bardziej przemawiał do sumienia syna. Pani Gardy wybiegła na ich spotkanie. George widział, jak w biegu ku niemu wyciągnęła ręce, wołając:
– O, George! Synu mój, kochany mój chłopcze! Gdzież ty byłeś? Jak myśmy się niepokoili o ciebie!
Ani słowa oskarżenia, ani słowa wymówki lub też rozkazu opowiedzenia niezwłocznie, gdzie był i co robił w tym czasie, gdy cała rodzina tak cierpiała!… O, święta ufności dobrych ludzi, którzy zawsze oczekują dobrowolnego wyjaśnienia i przyznania się do winy! Jaki to jest błąd! Ale to jest święte, ponieważ oparte na zaufaniu do marnotrawnego syna w nadziei, że jego serce skruszy się i wyzna wszystko, bez reszty w spowiedzi. Miłość matczyna! Ta jest największa i nieogarniona na ziemi, najbardziej bliska miłości Boga do grzesznika. Wszelako Bóg cierpliwie oczekuje od zbłąkanych dzieci dobrowolnej pokuty i przyznania się do grzechu. Uczucie miłości matczynej wszczepione jest w serce każdej dobrej niewiasty. Bóg miłości odbija się w takich ofiarnych sercach; one są świątynią cierpliwego wiecznie i pełnego miłości Ojca Niebieskiego.
George nie umiał płakać, lecz tym razem otarł niepostrzeżenie łzę. Teraz się jej nie wstydził i nie popisywał się swoją obojętnością; podszedł do matki, objął ją i przywarł policzkiem do jej twarzy. Matka objęła go ramionami, zapłakała, ale o nic nie zapytała. Po chwili milczenia, George, jąkając się, cichym głosem prosił matkę o przebaczenie, że ją zasmucił. Matka przyjęła jego nieskładne wyjaśnienie, że on nie wiedział o nieszczęśliwym wypadku rodzeństwa. To była prawda. Gdy usłyszał o katastrofie, pobiegł tam, ale po drodze spotkał przyjaciół. Jak wszyscy podobni mu próżnujący ludzie, szukający zawsze i we wszystkim siebie, zapominający obowiązków, powiedział sobie, że pójdzie z nimi „tylko” na parę minut, nie dłużej – a później powróci i uda się na miejsce katastrofy. W ciągu dnia był niezwykle podniecony, chociaż coś już o tym słyszał, że gdzieś stało się nieszczęście. Nie był jednak dość trzeźwy, aby zdać sobie sprawę wyraźnie i dokładnie z ogromu katastrofy i zrozumieć powiązanie tego wypadku z jego rodziną. Hulanki nie zaszkodziły jeszcze jego młodym siłom, ale poprzednia bezsenna noc odezwała się w nim mocnym pragnieniem snu. Nie chciał jednak odłączyć się od kompanów i ustąpił na zaproszenie, aby „się zabawić” z przechodniami w parku. Nieoczekiwane spotkanie z ojcem oszołomiło go i przepędziło od niego pijacką senność. Teraz w ramionach matki niejasno pojął, jak bardzo wszyscy w rodzinie cierpieli. Ogarnęło go nieznośne uczucie wstydu, a jednocześnie odrazy do haniebnych hulanek z nikczemnymi koleżkami.
Pan Gardy pośpieszył do lekarza, zdziwionego jego tak późnym powrotem. Stan Clary nie uległ zmianie: nie spała i nie była w omdleniu, mogło się nawet wydawać, że nie cierpiała, tylko nic nie pojmowała z otoczenia. George, po krótkiej rozmowie z matką, pragnął zobaczyć się z Bessie i Willie’m, lecz obydwoje już spali.
Po odejściu doktora ojciec i matka usiedli przy Clarze. Pan Gardy ani słowa nie wspomniał o wydarzeniach wieczornych z George’m. Należał do tych ludzi, którzy opanowani i zamknięci w sobie, dumni, odczuwają z pewnością ból, lecz ukrywają się z tym i wewnętrzne cierpienie nie wybucha słowami na zewnątrz – i dlatego jeszcze więcej cierpią. George o tyle się opamiętał, że zaproponował rodzicom zmianę i dyżur przy Clarze, obiecując pilnować ją całą noc.

(ciąg dalszy w następnym numerze)

Wpłat można również dokonywać poprzez poniższy formularz
Darowizna

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: