TYLKO SIEDEM DNI

CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE
Rozdział VII – Trzeci dzień

Pan Gardy obudził się około ósmej godziny, trochę pokrzepiony snem, ale czuł się rozbity i bardzo zmęczony po przeżyciach minionej nocy. Przede wszystkim przypomniał sobie o Clarze. Kiedy wczoraj udawał się na spoczynek, dziewczyna leżała cicho, jakby nic nie cierpiała, ale wszyscy się obawiali o nią, widząc dziwny wyraz jej twarzy. To nie był wylew krwi od uderzenia, ale jakby wypalona plama nad oczyma, ani razu nie otworzonymi od tego momentu, kiedy ojciec ją znalazł leżącą na zamarzniętej rzece. Przyszedł James i prosił pana Gardy o zezwolenie mu pozostania w domu, gdyż chciał być pomocny. Pani Gardy okazała zadowolenie z tego, że pomagał jej w dyżurze przy biednej Clarze, ciągle jeszcze nieprzytomnej, ale oddychającej swobodnie i jakby się zdawało, bezboleśnie.
Wszyscy chirurdzy, wszyscy lekarze w mieście byli wezwani na miejsce katastrofy, toteż Clara nie miała pomocy i opieki lekarskiej. Pan Gardy po zejściu na dół był przerażony widokiem Clary i popatrzywszy na nią, poprosił Jamesa, aby poszedł do miasta i dowiedział się, czy jakiś lekarz powrócił już do domu.
– Dobrze, proszę pana, pójdę zaraz. Jak ona się dzisiaj czuje? – James zapytując o to spojrzał na pana Gardy ze specjalnym wyrazem twarzy, jaki może odmalować się przy prawdziwej, męskiej miłości.
– Mój drogi młodzieńcze – powiedział pan Gardy, kładąc rękę na ramieniu Jamesa – ja nie wiem. Z nią dzieje się coś dziwnego. Poszukaj lekarza, jeśli tylko będziesz mógł, chociaż wiem, że będzie to trudne. Dzisiaj wiele nieszczęścia i w innych rodzinach w Bartonie. O, to było okropne, niewymownie potworne!
Usiadł na krześle i zasłonił twarz rękami, a James przemówił:
– Będziemy mieć nadzieję tylko w Bogu! – i szybko pobiegł na poszukiwanie lekarza. Pan Gardy wrócił do siebie na górę.
On, nie umiejący się modlić poprzednio, nie mający Boga w sobie, kiedy był szczęśliwy i zadowolony, czuł teraz, że wszyscy ludzie na świecie i on sam znajdują się w mocy wszechmogącej ręki Bożej we wszystkim, i zawsze. To uczucie ożywiało go, powstrzymywało od rozpaczy i nie pozwalało mu polegać wyłącznie na sobie samym jak dawniej. Jakże nikczemne wydawały mu się jego poprzednie kaprysy, wybuchy, rozdrażnienia i wszystkie te nieprzyjemne przejawy, którymi wyróżniają się uparci egoiści, nie odczuwając, że tym zniesławiają Boga, szkodzą sobie i zasmucają innych. Teraz nigdzie nie ciągnęło go z domu, a przyciągało do rodziny, przyciągało szczerze, serdecznie. Utrwaliło się w nim życzenie, aby coś uczynić dla swoich drogich, chociażby miało go to kosztować wiele ofiar. Jak z tego widać, pan Gardy spokorniał szczerze i stał się innym, lepszym człowiekiem. Schylił się na kolana obok żony, dziękując Bogu za ratunek dzieci i modląc się o Clarę:
– O, Panie, przywróć nam naszą ukochaną córkę, wybaw nas od nowego cierpienia, wybaw nas nie według zasług naszych, ale według Twego wielkiego miłosierdzia dla pokutujących.
Bessie i Willie, także dyżurujący przy Clarze, leżeli w sąsiednim pokoju nie rozbierając się. Na skutek powstałej reaktywacji obydwoje zasnęli. Willie – niespokojnie i gorączkowo, a Bessie zupełnie spokojnie, jakby nic nie zaszło.
– Gdzie George? – zapytał pan Gardy powstając z kolan.
– Ja nie wiem, Robercie. On pośpieszył do pociągu, zaraz za tobą. Czyżbyś go tam nie widział?
– Nie, Mary. Oby Bóg dał, żeby on nie… – Pan Gardy nie odważył się dokończyć swej myśli. Żona ją odgadła i usiedli razem ręka w rękę, zjednoczeni wspólnym niepokojem i wszystkimi wstrząsającymi wydarzeniami tego dziwnego tygodnia. Obydwoje cicho rozmawiali o katastrofie, o Clarze, Jamesie i o ich najstarszym synu. Pani Gardy przyciągnęła do siebie twarz męża i cicho, bardzo cicho zapytała:
– Robercie, czyżbyś ty był ciągle pod wrażeniem swojego dziwnego snu? Nie otrząsnąłeś się dotąd jeszcze i w dalszym ciągu szkodzisz sobie myśląc, że twoja śmierć jest blisko?
Pani Gardy żywiła pewną nadzieję, że zaistniały wstrząs zmusił męża do zmiany myśli. Straszna katastrofa na kolei powinna była usunąć tamtą niepokojącą myśl. Ale jej nadzieja szybko ulotniła się, kiedy mąż odparł:
– Moja dobra, droga żono… Ja nie mam żadnej wątpliwości, że widziałem i miałem niezwykły sen. To była wizja przyszłości, dane mi objawienie z wysokiego Nieba. Na tym świecie jest tak wiele niezrozumiałego i tajemniczego, na co zwykle nie zwracamy uwagi, zanadto bowiem jesteśmy zaabsorbowani zewnętrznym życiem. Nie podejmuję się wyjaśnić przyczyn mego snu, ale czuję, jestem głęboko przekonany, że sen się spełni: po niedzieli mnie z wami nie będzie. Dzisiaj mamy środę; jak szybko leci czas! O, moja droga! Jak wielki czuję żal, że tak bezmyślnie straciłem swoje życie. O, Mary, Mary! Moja droga, cierpliwa żono! Przyjacielu mój wierny! Ja tracę rozum, gdy pomyślę, jak wiele ci jestem winien. Wprost nie mogłem zrozumieć, jak mogłem żyć tak lekkomyślnie, nie kontrolując siebie! Wszyscy cierpieliście z powodu mojego braku uczucia, czyli tego, co powstaje z przeklętego egoizmu. Nie ceniłem twojej i dzieci delikatności, dobroci i przebaczenia. Jestem wprost przytłoczony myślą, że zostało mi tak mało czasu, aby wyrównać moją przeszłość. Mało znajduję pociechy i przyjemnych wspomnień z poprzednich lat. To wielka prawda, że człowiek nie może uciec od samego siebie. Każdy dzień masz zapisany w pamięci i biada temu, kto nie ma przyjemnych stronic w przeszłości! Praca, obiady, przyjemne spędzanie czasu, wszystko to dla siebie, dla ciała, a nic dla dobra duszy. Żyłem podobnie jak wielu ludzi zapominając, że wszystka moja przeszłość powstanie z czasem przede mną i niezawodnie wywoła potrzebę bezskutecznej późnej pokuty. Głupcy! Tak bym chciał zawołać do wszystkich mnie podobnych: nie żyjcie dla ciała!.. Wspomnijcie, że dusza zapomniana przez was w godzinach wesołości, nie może w was umrzeć. O, gdyby mi było dane spędzić te ostatnie dni tak, aby przynajmniej one były lepsze w mym życiu. Nie mogę rozeznać, co jest najbardziej ważne dla mnie obecnie. Dlatego proszę cię, pomóż mi. Gdyby mi pozostawało siedem miesięcy, to potrafiłbym wszystko ułożyć po uprzednim dokładnym i prawidłowym przemyśleniu. To tak jak surowy wyrok – ten dany mi krótki czas. Ta katastrofa taka straszna, nieoczekiwana, dodatkowo wszystko skomplikowała. Któż mógł ją przewidzieć?
Tak rozważał pan Gardy, coraz więcej i więcej pokorniejącą duszą i nie patrząc na ogarniającą go trwogę, już odczuwał w duszy ów znamienny pokój Boży i pociechę, jaką daje życie dla Pana i dla innych. Częściowo już odczuwał szczęście spokojnego sumienia i dobrze wypełnionego obowiązku. Prawie wszyscy żyjemy nie czekając na katastrofy i wypadki. One zawsze wstrząsają. A przecież jest możliwe, że szczerze wierzący może codziennie żyć o tyle blisko Boga, że żadne niespodzianki ani też nieszczęścia nie spowodują szczególnej różnicy w jego uczuciach i zapatrywaniach na życie.
Człowiek wierzący zawsze jest gotów przyjąć wszystko nieprzewidziane z pokorą i z wiarą w Tego, kto zsyła nam doświadczenia i cierpienia dla naszego dobra, doświadczając nas nimi i umacniając naszą wiarę. Jest niemało dobrych dusz, które każdego ranka wznoszą szczerą modlitwę za swoje życie, za wydarzenia całego dnia, powierzając się całkowicie Panu, który nigdy się nie myli.
Pan Gardy, chociaż niewyraźnie, ale już rozumiał coraz więcej i więcej, że życie nie jest proste, i że składa się ono z tysiąca wydarzeń, skrajne skomplikowanych i stale wymagających decyzji. Dlatego konieczne jest poddanie się Panu i kierownictwu Ducha Świętego. Teraz rozumiał, że najważniejsze z wszystkiego ważnego w życiu zawiera się w konieczności uzgodnienia swojego życia z wolą Bożą.
Spokojnie rozważywszy z żoną plany tego dnia, pan Gardy wyszedł na spotkanie Jamesa, przybyłego z lekarzem bardzo zmęczonym nocną pracą, co się rzucało w oczy. Lekarza zaprowadzono do Clary. Popatrzył na leżącą bardzo dokładnie, wydawał się skupiony i na jego zmęczonej twarzy odbił się wyraz wielkiego zdziwienia. Przy badaniu położył ręce na oczy dziewczyny, podniósł obie powieki i długo wpatrywał się w jej twarz. Ujął jej ręce i opuścił je znowu na posłanie. Potem powoli odwrócił się do rodziców i cicho powiedział:
– Przygotujcie się do wielkiego nieszczęścia. Wasza córka przeszła wielki wstrząs, od którego zaniewidziała i obawiam się, że na zawsze.
Matka i ojciec wysłuchali tego wyroku z przerażeniem, blednąc jak płótno. Ojcu krew odpłynęła od serca, taki czuł smutek myśląc o nieszczęśliwej córce, impulsywnej, swawolnej, kierującej się często porywami, ale przecież kochającej i dobrej. To było straszne: wyobrazić sobie, że ją czeka stały mrok ślepoty. Jak się będzie czuła, gdy całkowicie oprzytomnieje?
– To jeszcze nie wszystko, do czego musicie się państwo przygotować… W takich rzadkich przypadkach, jak ten, utrata wzroku pociąga za sobą głuchotę.
Umilkł na chwilę, zdławił w sobie westchnienie i znowu podjął:
– A z utratą wzroku i słuchu zdarza się, że taki szczególny wstrząs pozbawia poszkodowanego mowy. Ja nie mogę w tej chwili stwierdzić stanowczo, że to wszystko się stało, ale muszę was przygotować na najgorsze.
– Niema, głucha i niewidoma! – powtarzał mrucząc pan Gardy, a żona jego opadła na podłogę przy łóżku Clary i zasłoniwszy twarz rękami, szlochała niepohamowanie. Nowy surowy cios oszołomił ich oboje.
Lekarz jeszcze raz zbadał dokładnie Clarę i rzekł, że obecnie nie można nic zrobić. Pouczył ich jak należy opiekować się chorą. Zbadał również Bessie i Williego, przepisał im lekarstwo i wyjechał.
Kiedy człowiek wie, że stoi na progu wieczności, to nie ma czasu na układanie delikatnych zdań albo przygotowanie do złych wieści. Pan Gardy zawołał Jamesa i przekazał mu spokojnie orzeczenie lekarza. James zniósł to lepiej, niż mógł się tego spodziewać pan Gardy. Młodzieniec pewnie nie zrozumiał potwornego znaczenia tego, co słyszał. Pan Gardy popatrzył na Jamesa ze współczuciem, które tamten zrozumiał.
– Czy ty możesz nadal kochać Clarę w jej położeniu? – zapytał.
–Tak, panie, a nawet więcej niż kiedykolwiek. Moja miłość jeszcze bardziej potrzebna jest teraz.
– To jest słuszne, ale co ty będziesz robił z takim bezbronnym stworzeniem?
– Pomoże nam Bóg, proszę Pana. Gdyby Clara była już moją żoną i zależała ode mnie, to czy pan myśli, że nie troszczyłbym się o nią w sposób delikatny?
Pan Gardy pokiwał głową. Po czym dodał:
– Ten cios jest ciężki i dla mnie, James, jak i dla nas wszystkich. Ale możliwe, że nieszczęśliwa Clara nie ucierpiała w takim stopniu. Będziemy mieli nadzieję, że lekarz pomylił się w swoich przypuszczeniach. Właściwie on nie stwierdził stanowczo tego kalectwa Clary. Jeśli, Boże broń, to się stanie, to nie wiem, jak ona zachowa swój rozsądek, gdy zrozumie swoje nieszczęście. James, uważam cię za dobrego człowieka. Nie zapomniałem własnej młodości, nie stanę między wami i waszymi uczuciami. Zamierzałem rozmówić się z tobą w innej sytuacji, w rodzinnej atmosferze, ale ten nieszczęśliwy wypadek przeszkodził, przynajmniej na pewien czas. Wierzę ci, jako wiernemu i sumiennemu człowiekowi. Poczekamy, zobaczymy, co będzie dalej, a w tym czasie będziemy się modlić do Boga, aby nas pouczył, jak mamy postąpić.
James Kakston nie wierzył własnym uszom. Ciągle nie mógł sobie uprzytomnić, że z nim rozmawia pan Robert Gardy, znany wszystkim jako dumny i hardy człowiek. Oto przed nim stał człowiek inny, nowy. Osobiste nieszczęście sprawiło, że James zapomniał o zauważonej wcześniej zmianie pana Gardy w jego słowach i postępowaniu. Zmieszany i nie wiedzący jak się ma zachować w takiej okoliczności, prosty szczery James nic nie odpowiedział. Podszedł do pani Gardy i poprosił ją, żeby posłała po niego, gdy zajdzie jakaś zmiana w zdrowiu Clary i jeśli będzie potrzebna jego pomoc. Po jego odejściu pan Gardy podszedł do żony i usiadł obok niej na łóżku Clary.
– Mary, ja muszę iść do warsztatów. Wprawdzie tam za mnie doskonale zarządza Wellman – według moich szczegółowych wskazówek, lecz z powodu tej nowej katastrofy powinienem być tam. Tutaj jestem wam na razie niepotrzebny, a tam mogę zająć się poszkodowanymi. Moja droga, starajmy się myśleć, że Bóg był miłościw dla nas: nasze dzieci są wszystkie żywe. Mary, trudno jest przekazać słowami wszystko, co się dzieje w sercu. Kiedy przyjechałem na miejsce katastrofy i znalazłem się w tej piekielnej przepaści, gdzie nurzali się i jęczeli w lodowatej wodzie tacy ludzie jak ja, to we mnie trwała tylko jedna modlitwa: wtedy nie lękałem się bliskiej śmierci, błagałem tylko Boga, abym mógł spojrzeć jeszcze na dzieci. Kiedy usłyszałem miły głosik naszej Bessie, to wydawało mi się, że Pan zlitował się nade mną ze względu na krzyż, jaki dźwigam w tym tygodniu. Przecież nasze kochane dzieci mogły być wśród zabitych, albo zeszpeconych, albo pokaleczonych, jak tyle innych dzieci, których matki obecnie je opłakują w Bartonie. Moja droga, pobłogosław mnie, ja odchodzę.
Żona i mąż objęli się i pocałowali. Pan Gardy odszedł, wzmocniony współczuciem żony. Nawe w swoim wielkim nieszczęściu pani Gardy poczuła, że wielka fala radości zalała jej serce, gdy miłość męża powróciła do niej całkowicie. Podeszła do okna i patrzyła za wysokim, mężnym człowiekiem, idącym ulicą długim krokiem. Obudziło się w niej uczucie z czasów młodości, jakby była narzeczoną Roberta. Była ciekawa, czy on teraz nie zatrzyma się, jak za dawnych dni na zakręcie ulicy, żeby pomachać ku niej kapeluszem. Ależ tak, przed samym rogiem ulicy zatrzymał się, spojrzał na okno swego domu, poznał żonę i z uśmiechem uniósł kapelusz. Ona zaś zrobiła mu znak ręką, tak samo jak się to odbywało w tamtych błogich czasach, gdy Robert był jej narzeczonym. „Dwoje głuptasków”. Jaka dziecinada – pomyślą niektórzy czytelnicy. O, tak, ludzie żyjący blisko Boga, bezpośrednio obcują z Bogiem i stają się dziećmi Bożymi. Ci ludzie widzieli oblicze Boże i zrozumieli prawdziwy sens życia.
Pan Gardy znalazł mnóstwo pracy w warsztatach. Zanosiło się na to, że będzie zajęty cały dzień. Robotników ogarnęła panika. W powietrzu jakby zawisła okropność minionej nocy. Z powodu katastrofy trzeba było pracę intensywnie przyśpieszyć. Około południa przyszedł do gabinetu dyrektora poważnie wyglądający Berens. Przodownik prosił pana Gardy o wyjście na dziedziniec zakładów i przeprowadzenie rozmowy z robotnikami, którzy narzekają i buntują się; grożą rozruchami, połamaniem maszyn, jeżeli nie uzyskają dzisiaj zwolnienia; chcą udać się na miejsce wypadku kolejowego. Pan Gardy zaniepokoił się tą wiadomością, powstał i udał się za Berensem do głównego warsztatu. Tam polecił Berensowi zebrać wszystkich robotników na rozmowę. Nie czekał długo. Robotnicy zatrzymali maszyny i skupili się gromadnie. Pan Gardy zwrócił się do nich:
– Czego potrzebujecie? Berens powiedział mi, że jesteście z czegoś niezadowoleni. Proszę wypowiedzieć się otwarcie o co wam chodzi, abym mógł zrozumieć wasze istotne przyczyny niezadowolenia. – Nastąpiła nieprzyjemna chwila milczenia. Robotnicy spoglądali ponuro, wahali się, wreszcie jeden z nich wystąpił naprzód i odezwał się:
– Uważamy, że mamy prawo prosić o zwolnienie na dzisiaj.
– Po co i z jakiego powodu? – spytał pan Gardy nie podnosząc głosu.
Nie pierwszy raz znajdował się w takiej sytuacji. I bywało tak, że dawał robotnikom zawsze jednaką odpowiedź: wszyscy niezadowoleni mogą odejść dokąd chcą, jeżeli nie podobają się im przepisy pracy i wynagrodzenie. Ale teraz przedsiębiorstwo nie mogło pozbawiać naraz pracy tylu robotników. Robota musi być prowadzona intensywnie na skutek pilnych potrzeb i pan Gardy był odpowiedzialny za to. Przy tym on teraz patrzył na ludzi inaczej, dlatego że sam był innym człowiekiem. Starał się uniknąć niesprawiedliwego postępku, dlatego powtórzył pytanie:
– Dlaczego i w jakim celu chcecie odejść? – I czekał spokojnie na odpowiedź. Przedstawiciel robotników nie był przygotowany na takie pytanie; jego prostota i miękkość zadziwiły robotnika. W odpowiedzi wyręczył go inny towarzysz:
– W tej katastrofie zostali poszkodowani nasi towarzysze i przyjaciele. Chcemy ich zobaczyć.
– Bardzo dobrze… Kto z was ma krewnych rannych lub zabitych w tej katastrofie? Proszę, ci wystąpią naprzód, ilu takich jest…
Tłum trwał nieruchomo jakiś czas, wreszcie wystąpiło trzech robotników. Pan Gardy powiedział:
– Wy możecie iść, jeśli chcecie, na miejsce wypadku. Dlaczego sami nie prosiliście o zwolnienie, skoro ono jest wam potrzebne? Czy mieliście powody do obaw, że Towarzystwo nie okaże wam zrozumienia w takim wypadku losowym? Dlaczego inni są niespokojni? Doskonale wiecie, że właśnie teraz nie możemy udzielać świętówek. Bądźcie rozsądni. Ja nie mam prawa zamykać warsztatów tylko po to, byście mogli oglądać miejsce wypadku. Proszę mnie zrozumieć, moi przyjaciele i rozejść się do pracy. Czy jeszcze czegoś potrzebujecie?
– Domagamy się podwyżki płacy i wolnego dnia od zajęć w niedzielę – odparł rosły Norweg, który obsługiwał największą maszynę w warsztatach. To on kilkakrotnie wypowiadał swoje niezadowolenie i buntował innych. On też dokuczał Berensowi niespokojnym i zaczepnym charakterem. Równocześnie był wybitnie zdolny i pracował o wiele lepiej od pozostałych. Dlatego przodownik, Berens, znosił cierpliwie nieprzyjemności, jakich robotnik mu nie szczędził.
Pan Gardy odpowiedział spokojnym głosem:
– Co do podwyżki, ja sam, bez zarządu, nie mogę nic decydować; zresztą tu nie jest miejsce, aby o tym rozmawiać. Jedynie mogę powiedzieć, że w niedzielę nie będę wymagał od was pracy. – Pan Gardy chciał dorzucić zdanie: – dopóki żyję – ale zamiast tego powiedział: – w żadnym warsztacie nie muszą pracować w niedzielę.
Norweg nie ustępował mimo tej obietnicy. – Nie w tym rzecz – powiedział swym grubym głosem.
Pan Gardy popatrzył na niego uważniej i stwierdził, że robotnik nie jest trzeźwy. Niektórzy z robotników wołali: „Zamilcz, Hermanie! Pan Gardy ma rację. Będziemy głupcami, jeśli będziemy szemrać obecnie”.
Spora grupa zebranych odeszła do swoich maszyn, aby podjąć przerwaną pracę. Berens podszedł do Norwega, ruszył go w ramię i rzekł:
– Lepiej idź do pracy. Przecież tyś wsadzał swą mordę do kieliszka, tak? Albo pracuj, albo bierz wyciąg i idź na cztery strony świata.
– I ty też znaj swoje miejsce, Berens – gburowato odpowiedział wielkolud – ty byś sam maczał swoją brodę w kieliszku, gdybyś takową miał.
Berens był zaskoczony odpowiedzią pijanego i odsunął się w tył, jakby się szykował uderzyć robotnika, ale ten uprzedził go: silnym ciosem pięści zwalił przodownika z nóg tak nagle, że ten wylądował na stosie opiłek.
W jednej chwili pan Gardy stanął między kłótnikami, zanim Berens zdołał podnieść się na nogi. Wspomniano już, jak bardzo Gardy brzydził się wszelkimi nałogami i fizyczną przemocą. Uważał za rzecz niedopuszczalną, aby sumienny robotnik poniżał siebie pijaństwem, tym bardziej nie mógł pozwolić na coś podobnego w warsztatach. Zbliżył się do Norwega, spojrzał mu w twarz i surowo powiedział:
– Czyś ty stracił rozum? Za ten postępek pozbawiam cię pracy. Nie mogę tolerować pijaństwa. Możesz w tejże chwili odchodzić!
Robotnik spojrzał z ukosa na pana Gardy i podniósł rękę do ciosu chcąc uderzyć, ale niektórzy robotnicy podskoczyli do niego i odciągnęli na drugi koniec ogromnej hali. Berens podnosząc się, głośno zapowiedział zemstę na przeciwniku.
Ludzie zajęli się swoją pracą; pan Gardy powrócił do swego gabinetu ze ściśniętym sercem, lecz spokojny o to, że dzisiaj nie powtórzy się zamieszanie. Wprawdzie żałował wypowiedzenia pracy Hermanowi, ale odczuł, że postąpił sprawiedliwie. Ani w rodzinie, ani w jakiejkolwiek społeczności nie wolno dopuścić do nieposzanowania ludzi starszych, inaczej bowiem głowa rodziny lub społeczeństwa nie będzie warta tego miana; pobłażanie albo słabość prawa zachęcają do zamieszek. Byłoby o wiele lepiej na świecie, gdyby wszędzie postanowiono nie przyjmować do pracy pijących, a wszelkie odpowiedzialne stanowiska powierzono ludziom całkowicie trzeźwym i wolnym od nałogu alkoholu. Pan Gardy, były robotnik, rozumiał to obecnie o wiele lepiej, a doniesienia z prowadzonego śledztwa na miejscu katastrofy były znamienne: okazało się na samym wstępie, że przyczyną katastrofy był nietrzeźwy stan dozorcy torów.
Nieprzyjemności w warsztacie skomplikowały sprawę panu Gardy na resztę dnia; zabrały mu czas, który zamierzał spędzić w gronie własnej rodziny. Naszła go przemożna pokusa, aby zostawić biuro, wszystkie sprawy i pójść do domu. Na jego obronę należy jednak powiedzieć, iż w swoim największym egoizmie pozostawał wierny obowiązkom. Poza tym – w takich okolicznościach nikt nie mógłby go zastąpić. Wiedział o tym, że w krytycznym momencie nie wolno mu pobłażać sobie i opuścić pracę.
I tak pracował nadal, tylko myślą zwracał się do Boga, mając nadzieję, że w domu wszystko jest w porządku, gdyż o Clarze nie podawano mu niczego niepokojącego. Kilka razy rozmawiał telefonicznie z żoną. Zmierzchało się już i pan Gardy zapalił światło, co pozwoliło mu kończyć obowiązki tego dnia. Znowu zadźwięczał telefon: żona zawiadomiła go o przybyciu pastora Johnsona, który pragnie rozmówić się z nim o rodzinach poszkodowanych przy wybuchu retorty.
– Powiedz panu Johnsonowi, że postaram się zobaczyć z nim dzisiaj wieczorem na zebraniu w kościele. I powiedz mu, że mogę dać taką kwotę, jaka będzie potrzebna. Jak zdrowie Clary?
– Bez zmian. Willie trochę choruje od nerwowego wstrząsu. Nie może spać, ciągle mu się ukazują straszne sceny z katastrofy. Bessie czuje się dobrze jak poprzednio. Jej ocalenie było chyba cudem.
– Czy George wrócił do domu?
– Jeszcze nie. Zaczynam niepokoić się o niego. Może dobrze będzie, jeśli zapytasz o niego u Bramwellów, gdy pójdziesz do domu, to po drodze.
– Na pewno się zapytam. Właśnie kończę pracę, ale dzisiejszy dzień był bardzo ciężki, niech Bóg nas strzeże. Do widzenia.

(ciąg dalszy w następnym numerze)

Wpłat można również dokonywać poprzez poniższy formularz

Darowizna

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: