TYLKO SIEDEM DNI

CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE
Rozdział VI – Dalsza część drugiego dnia

W chwili, gdy pan Gardy zbliżał się do warsztatów, przodownik robotników, Berens, przechodził przez podwórze. Kierownik wszedł za nim do maszynowni i widział, jak Berens zatrzymał jedną maszynę i rozmawiał ze stojącym przy niej robotnikiem. Był to Norweg, imieniem German. Pracował przy oczyszczaniu zimnego metalu, dowożonego z odlewni. Dzisiaj obrabiał jakąś skomplikowaną część lokomotywy. Berens rozmawiał z nim o pracy, następnie podszedł do innego robotnika, o wąskiej nerwowej twarzy. Ten pracował przy wiertarce, przepuszczając świder przez grube sztaby żelaza, zaciśnięte w uchwycie. Gdy Berens skończył rozmawiać z robotnikiem, pan Gardy podszedł do niego i dotknął jego ramienia. Zaskoczony przodownik drgnął, odwrócił się i ze zdziwieniem patrzył na kierownika.
– Jak idzie praca dzisiaj, Berens? – zapytał pan Gardy.
– Robotnicy tego oddziału są bardzo niezadowoleni, że na oddziale Skowiłła wszystkich zwolnili, a ich nie.
– Przecież nie możemy przerwać całej pracy – powiedział pan Gardy – zapaliwszy się według starego nawyku. – Robotnicy są nierozsądni, skoro żądają dzisiaj odpoczynku.
– Obawiam się, proszę pana, że nastąpi tu jakieś zamieszanie. To się odczuwa w powietrzu – odparł Berens.
Pan Gardy, zamiast odpowiedzieć, rozejrzał się wokoło. W zadymionej hali pracowało około 200 ludzi. Maszyny bez ustanku huczały. Dźwięk stali o żelazo mieszał się z grzmotem łańcuchów i z łoskotem wózków, naładowanych metalem, jakby jakiś duch kierował szybkością maszyn, poruszających się podobnie do istot obdarzonych rozsądkiem. Te olbrzymie maszyny obrabiały twardy, niepoddający się metal, tak jak najbardziej miękką plastyczną glinę. Przez szum, łoskot, dym, pył i nieustający ruch pan Gardy patrzył dzisiaj na nieprzerwaną pracę i myślał o ludziach przeznaczonych do niej.
Pamięć przywiodła mu łatwo te czasy, gdy on sam w ten sposób wykonywał tę samą pracę, którą wykonywał teraz ten wielkolud-Norweg, tylko pan Gardy wówczas miał do dyspozycji maszyny znacznie gorsze. Te, które widział teraz, były znacznie usprawnione od tamtych czasów. Jako człowiek rozsądny, a przy tym nadzwyczaj wykształcony, pan Gardy nie wstydził się i nie ukrywał tego, że był w młodości zwykłym robotnikiem. Czasami szczycił się tym i zawsze z przyjemnością opowiadał, że pracował przy tym samym warsztacie i że jest zdolny zastąpić z powodzeniem każdego porządnego robotnika. Czasami lubił pokazywać ludziom swoim przykładem, w jaki sposób należy oddzielić tę lub inną część maszyny. Zapominając o swej pysze i niedostępności, niekiedy robił to i robotnicy podziwiali jego umiejętność. Ale dzisiaj patrzył na tych ludzi z zazdrością. Zapewne – mówił sobie w myśli – każdy z nich przeżyje siedem tygodni, większość – siedem miesięcy, siedem lat, więcej nawet, gdy tymczasem ja… Jak ci ludzie mogą się uskarżać, że ich nie zwolniono? Każda praca jest słodka dla zdrowego człowieka tym bardziej, jeśli jest on szczęśliwy w rodzinie.
– O, mój Boże! – rozmyślał – ja bym oddał cały mój majątek, gdybym mógł zamienić się miejscem z pierwszym lepszym z tych ludzi i wiedzieć, że jeszcze przeżyję więcej niż tydzień.
Tak zamyślony, zawrócił do swego biura, zostawiwszy zdziwionego Berensa, który skomentował zachowanie się dyrektora jako dowód, że jest z nim niezupełnie dobrze. Przyszedłszy do swego gabinetu, pan Gardy usiadł przy biurku i napisał polecenie, zwalniające wszystkich ludzi oddziału, chcących wziąć udział w pogrzebie Skowiłła. Nie było w jego kompetencji więcej uczynić, ale on rozumiał, że w obecnej sytuacji należało ich zwolnić. Im więcej myślał o śmierci Skowiłła, tym bardziej odczuwał jej niesprawiedliwość. Nieszczęście, wypadek, ale temu można było zapobiec, gdyby bardziej troszczono się o ludzi i ludzkie życie. Robert Gardy teraz dopiero począł rozumieć, jak wiele znaczy dobre, ludzkie ustosunkowanie się do robotników. Długo pracował w swoim gabinecie przy załatwianiu codziennych spraw.
Swego wysokiego stanowiska dopiął dzięki swojej pracowitości. Dziś jego myśli stale wracały do robotników. Wzmagało się w nim przekonanie, że gdyby wyższe kierownictwo chciało, to mogłoby bez specjalnych wydatków zapewnić i zabezpieczyć lepsze warunki pracy.
Gdy południowy gwizd ogłosił przerwę w pracy, pan Gardy poszedł do domu z dojrzałym postanowieniem, że da poznać robotnikom, iż nie traktuje ich jako bezduszne dodatki do maszyn.
George był w domu, gdy ojciec powrócił. Smutne to, ale trzeba stwierdzić, że popatrzył na ojca raczej z ciekawością, aniżeli ze wstydem, gdyż demon rozpusty już prowadził niszczącą pracę w jego duszy.
Po obiedzie, przed udaniem się na pogrzeb, pan Gardy poprosił syna do swego gabinetu. Bardzo spokojnie, ale z głębokim uczuciem, ojciec rzekł:
– Muszę ci powiedzieć, jak gorzką odczułem hańbę z powodu wczorajszego twego opilstwa. Nie możesz zrozumieć uczuć moich i twej matki w takiej sytuacji. Zawołałem cię tutaj nie po to, aby ci wytykać twoje wady. Muszę wiedzieć, co zamierzasz czynić w obecnej sytuacji?
Pan Gardy przerwał, milczał chwilę, a nie otrzymawszy odpowiedzi, ciągnął dalej:
– Ja doskonale rozumiem, George, że uważasz mój sen za przywidzenie, a mnie za osobę niespełna rozumu. No, czy nie tak? – Pan Gardy spojrzał prosto w oczy Georgowi i młodzieniec jąkając się bąknął:
– Pewnie, ja… tak, ja zupełnie nie rozumiem…
– Tymczasem jestem nadal przekonany – ciągnął ojciec – że to nie był zwykły sen i tylko to przekonanie zmieniło moje życie i moje myśli. Ty i cała nasza rodzina powinniście zauważyć, że jestem nie ten, co dawniej. Ty zwłaszcza powinieneś przyznać, że obecnie postępuję bardziej mądrze, niż w przeszłości. Nie było to naturalne, gdy jako ojciec tak mało uwagi poświęcałem swoim dzieciom. Niewłaściwie i niedobrze jest, gdy się traci swój czas, pieniądze i siły tylko dla siebie; gdy nie jest się takim samolubem, jakim ja byłem. Synu mój, możesz mi nie wierzyć, ale jestem przekonany mocno, że w końcu niedzieli nie będzie mnie wśród żyjących. Staram się dlatego żyć tak, jakby wypadało w takich okolicznościach.
Pan Gardy mówił to z takim przekonaniem – a spokojnie, że podziałało to nawet na biednego oszołomionego Georga.
– Synu mój – ciągnął ojciec – pragnę, abyś postępował tak, jak nakazuje ci twój obowiązek. Gdy mnie nie stanie, twoja matka i siostry będą zwracały się do ciebie o radę i wskazówki. Zapewne wypadnie ci porzucić na pewien czas uczelnię. O tym porozmawiamy dzisiaj wieczorem. Chcę jednak, abyś mi obiecał, że nie dotkniesz więcej żadnego kieliszka alkoholu i nie weźmiesz do rąk kart, dopóki będziesz żyć.
George uśmiechnął się jakoś nieśmiało:
– Ja nie widzę w tym szkody, jeśli czasem z przyjaciółmi wypiję, tym bardziej, że nie lubię pić i wczoraj upiłem się pierwszy raz – bezczelnie skłamał ojcu. – Co zaś do kart, to nie gram na pieniądze, jak to robią inni.
– George – powiedział ojciec, uważnie patrząc na niego – ty grasz już od paru lat. Na próżno się zapierasz. Gdzie tracisz wszystkie pieniądze, które ci zbyt szczodrze daję?
George zbladł na te słowa, usiadł i nisko pochylił głowę, a pan Gardy mówił tym razem surowo:
– Pomyśl o twojej matce, George. Niemal zabiłeś ją tej minionej nocy. Nie proszę cię, abyś myślał o mnie, bowiem nie byłem dla ciebie takim ojcem, jakim powinienem być. Ale o ile kochasz swoją matkę i siostrę, jeśli pozostało w tobie trochę honoru, to postanowisz koniecznie, że nie będziesz pił i rzucisz na zawsze karty. Przed obliczem Wszechmogącego Boga, drogi mój synu wspomnij, jak hojnie On ciebie obdarzył. Popatrz wokół siebie na innych ludzi i porównaj swoje możliwości z nieszczęśliwymi warunkami wielu innych ludzi. Tobie zbyt wiele jest dane, ale obawiam się, że rozleniwiłeś się i nie lubisz pracy. Nie uważasz jej za konieczny obowiązek, po którego wypełnieniu dozwolony jest zasłużony wypoczynek. Szukasz bezczynnej młodzieży, zapominając, że łatwo jest stoczyć się w dół, ale podnieść trudno i udaje się to tylko nielicznym. Jesteś młody i cała przyszłość jest w twoich rękach. Możesz zorganizować sobie przepiękne życie, jeśli Bóg przedłuży ci je. Ja bym chętnie stanął na twoim miejscu i oddałbym całe moje bogactwo, aby tylko przeżyć swoje życie od nowa, od początku. To jest niemożliwe, życie jest nieodwracalne, pozostaje tylko święta pokuta. George, drogi synu, wierz mi, że twojej matce lżej byłoby cię widzieć w trumnie, niż w tym stanie, w jakim wczoraj wróciłeś do domu. Oboje kochamy cię, synu mój…
Pan Gardy dumny i twardy człowiek, nie mógł mówić dalej i w milczeniu przyciągnął ku sobie syna, kładąc mu swą rękę na głowie jak małemu dziecku, dorzuciwszy prośbę:
– Nie zapominaj o Bogu. Nie kuś Go. Pokutuj przed Panem. Przyjmij Chrystusa Pana, który umarł za ciebie, aby cię zbawić od przemocy grzechu.
Wreszcie wyszedł, zdławiony wzruszeniem. George pozostał siedząc, prawie przygnieciony serdecznym nawoływaniem ojca. Jeszcze nie był zdolny do tego, aby przysłuchać się cichemu głosowi sumienia, szepczącemu do niego coraz silniej: „Zmiękcz twoje serce, odłącz się od złego. Powróć do uczciwej pracy. Wspomnij, że jest inne, lepsze życie, wprawdzie o wiele trudniejsze, ale nie pozostawiające goryczy i zbyt późnej pokuty. Opamiętaj się, dopóki nie jest za późno. Wejdź na drogę prawdy”.
Była już pierwsza godzina po południu, kiedy pan Gardy przyszedł do żony, przy której siedziały córki. Powiadomił je, że musi porozumieć się ze swoim jedynym bratem, mieszkającym w sąsiednim mieście oddalonym około 30 km. Kiedy powiedział, o co chodzi, żona doradziła mu, aby raczej posłał Williego pociągiem o godzinie 13-tej, który zawiezie stryjowi dokumenty i powróci wieczorem, z odpowiedzią, również pociągiem. Clara poczęła prosić, aby i jej pozwolili jechać; dołączyła się do prośby Bessie, mówiąc, że i ona pragnie od dłuższego czasu zobaczyć stryjenkę. Pan Gardy nie sprzeciwiał się podróży dzieci; upomniał je tylko, żeby wróciły na godzinę siódmą wieczorem. Alice przyobiecała zostać z Georgem w czasie nieobecności wszystkich, póki rodzice będą na pogrzebie. Pan Gardy stale myślał o swym najstarszym synu. Clara nie wypytywała ojca o widzenie się z Jamesem. Ojciec sam jej oznajmił, że wieczorem porozmawiają.
W mieszkaniu Skowiłła zebrało się bardzo wielu ludzi i nie patrząc na zimową pogodę, mężczyźni w większości skupili się na ulicy. Pan Gardy przyjechał z żoną saniami i gotów był zabrać jeszcze kogoś i podwieźć do cmentarza. Zwykłe nabożeństwo żałobne przed wyniesieniem zwłok wzruszyło pana Gardy. Większość obecnych krewnych i sąsiadów zmarłego patrzyła na niego i na jego wystrojoną żonę z posępnym zdziwieniem. Pani Gardy rozumiała te spojrzenia i krew uderzyła jej do głowy z tego powodu. Pan Gardy był zbyt pogrążony w swych myślach i nie zwracał uwagi na otoczenie. Rozważał bowiem w myślach i roztrząsał wszystko, co uczynił i czego jeszcze nie uczynił dla rodziny zmarłego.
Pastor Johnson modlił się i prosił Boga, aby pocieszył i zaopatrzył nieszczęśliwą rodzinę. Przy tym przeczytał z Ewangelii Jana cytat pasujący do nieszczęśliwego wypadku i wygłosił proste, serdeczne przemówienie, zwracając się do zebranych sąsiadów. Biedna wdowa po Skowille leżała w tym czasie w pokoju na górze, gdzie doglądała jej siostra. Zaledwie skończyło się nabożeństwo i pastor dał znak wyniesienia ciała, dał się słyszeć straszny krzyk i równocześnie głos starający się uspokoić, pocieszyć zrozpaczoną kobietę. W ciasnym pokoiku powstał wielki ruch. Wszyscy się rozstąpili dając przejście wdowie, która z krzykiem bezmyślnej rozpaczy rzuciła się ku zwłokom. Do tej pory żyła jak w odrętwieniu, ale nagle oprzytomniała, zrozumiała i odczuła wszystko, co się działo na dole i zebrawszy wszystkie siły tęsknoty, jakie znajdują się nawet u śmiertelnie chorych, wyrwała się siostrze i sąsiadce, pobiegła na dół do nieboszczyka. Oszalała z rozpaczy rzuciła się ku trumnie, uklękła i zapłakała, zajęczała tak żałośnie, że wywołało to osłupienie wszystkich obecnych. Pani Gardy pierwsza skierowała się do nieszczęśliwej. Gdzie i od kogo nauczyła się współczucia dla innej cierpiącej kobiety żona zarozumiałego, pysznego człowieka? Co zbliżyło ją do cierpiącej siostry i nauczyło ją słów uspokajających? Własne cierpienie otwarło serce tej bogato ubranej kobiety, wykształconej i starannie wychowanej; ono pozwoliło jej zrozumieć, że druga cierpiąca kobieta należy do tej samej rodziny Bożej. Łagodząc ból wdowy udało się wyprowadzić ją do sąsiedniego pokoju, gdzie pani Gardy trzymała ją w swych ramionach, gdy tamta straciła do reszty słabnące siły i wzdychając, słabo mówiła:
– O, Panie! O, Panie! Dopomóż mi! Nie zostawiaj mnie dłużej na tym świecie!
Jeśli ta scena wstrząsnęła żalem i wywołała współczucie zebranych, to cóż powiedzieć o panu Gardy? W pewnej chwili wydało mu się, że dłużej tego nie zniesie i zasłonił twarz rękoma, powstawszy gwałtownie z krzesła.
Upłynął jakiś czas, aż z wysiłkiem uspokoił się i znowu usiadł, ze skamieniałą twarzą. Natychmiast, gdy żonie jego udało się wyprowadzić nieszczęsną wdową, gdy uspokoił się cokolwiek, niezauważony wyszedł z mieszkania i pozostał na ulicy, dopóki nie wynieśli trumny z ciałem i nie postawili na karawanie. Wtedy wszedł do pokoju, powiedział kilka słów do żony i wyraził chęć zabrania ze sobą do sań czterech lub pięciu osób. Żona jego pozostanie z wdową do powrotu z cmentarza. Oprócz tego przekazał pastorowi znaczną sumę dla osieroconej rodziny. Następnie dołączył się do konduktu pogrzebowego. Ta jazda w chłodzie mrocznego zimowego wieczoru była dla niego ciężkim doświadczeniem.
Ocknął się dopiero u grobu przy słowach, które czytał pastor: „Podnieś nas od śmierci grzechu do zmartwychwstania sprawiedliwości”. Promień nadziei zabłysnął w jego sercu przy tych słowach. Zapewne i dla niego jest miłosierdzie i odpuszczenie u Tego, który zwyciężył śmierć dla zbawienia ludzkiego. Pan Gardy jechał z powrotem z wielkim spokojem ducha, gdyż wierzył, że Bóg, czytający w sercu i widzący nasze zamiary, nie odrzuci jego późnej pokuty i modlitwy jego odnowionego serca.
Ściemniło się już zupełnie, gdy dojechał do domów robotniczych. Zabrał żonę ze sobą i wrócili do domu, odczuwając zadowolenie z nadchodzącego wieczoru w gronie rodziny. Drugi dzień był w pewnym stopniu bardziej niespokojny od pierwszego. Nerwy pana Gardy były zupełnie poruszone pogrzebem. Odczuwał dotkliwe wyrzuty sumienia, coraz bardziej oddalając się sercem od dawnych nawyków i poprzednich gustów, których celem było dogodzenie samemu sobie. Pamiętając o tym, nie był zadowolony z siebie – tak mocno rozpaliła się w nim chęć stania się innym i lepszym człowiekiem, czynienia wszystkiego w światłości Wieczności. Wszakże szczerze starał się czynić wszystko, co było w jego mocy; więcej ponad to nie można było od niego żądać – ani od nikogo.
Myśl o nieuniknionej śmierci w najbliższą niedzielę silnie wpływała na pana Gardy. Ustawicznie stawiał sobie pytanie, czy można uczynić coś więcej. Poza tym lękał się o Georga i powtórzył przebieg rozmowy z nim żonie podczas jazdy. Pani Gardy też była głęboko rozgoryczona, zauważywszy, że ucztowanie i hulanki już zatwardziły serce ich syna. George był na górze z Alice. Reszta dzieci jeszcze nie wróciła do domu. Nie zapalając lamp, mąż i żona usiedli przy kominku i rozmawiali prawie do godziny szóstej. Kiedy pan Gardy wspomniał o Clarze, jego żona poruszyła się niespokojnie i rzekła:
– Oni jednak powinni być już w domu.
Właśnie w tym momencie zadzwonił telefon. Pan Gardy powstał i wziął do ręki słuchawkę. Żona usłyszał kilka ostrych wykrzykników, pośpiesznych pytań i widziała, jak jej mąż silnie zbladł. Jego płaszcz leżał na kozetce; pośpiesznie go narzucił na siebie i rzekł do żony:
– Mary, z tym pociągiem jadącym o szóstej stało się nieszczęście, już po przejeździe stacji Bowdin, zupełnie blisko stąd. Berens mnie wzywa. Nie bój się jednak… Miejmy nadzieję, że wszystko to nie takie groźne.
Pani Gardy przestraszyła się i powstała z miejsca:
– Jak? Willie, Bessie i Clara jadą tym pociągiem!
– Mary, miejmy nadzieję. – Głos pana Gardy drżał, ale starał się mówić spokojnie i z otuchą.
– Co mówi Berens? Powiedz mi wszystko, przy tobie lżej mi jest znieść ewentualne nieszczęście.
– No, cóż… mówił, że pociąg wypadł z torów. Dwunastu ludzi zabitych i wielu rannych… Muszę natychmiast jechać. O, Boże mój, oszczędź nasze dzieci!
Pan Gardy był prawie zdruzgotany tym ostatnim ciosem. Z palącym bólem serca przypomniał sobie, jak wiele nieszczęśliwych wypadków było na tej trasie i jak nigdy nie pomyślał dostatecznie o cierpieniach dotkniętych rodzin. Teraz to samo nieszczęście jego dotknęło. Prosił żonę, aby tymczasem modliła się i miała nadzieję, a sam pobiegł na dworzec z taką energią i szybkością, jaką miał w młodości, za którą kiedyś otrzymał kilka nagród. Dzięki temu pośpiechowi zdążył jeszcze do pociągu, który władze kierowały na miejsce katastrofy. Pociąg składał się z parowozu i jednego wagonu dla rannych; w nim teraz jechali lekarze ze wszystkimi narzędziami do udzielenia pomocy rannym. Pan Gardy wdrapał się na parowóz i sam poprowadził pociąg, gdyż miał uczucie, jakby to zbliżało go prędzej do miejsca nieszczęśliwego wypadku i jakby miał tam przyjechać pierwszy ze wszystkich. Do samego odjazdu nie mógł uzyskać informacji i nawet był zadowolony, że nie znał imion ofiar, inaczej by nie miał siły prowadzić pociągu, którego szybkość osiągnęła maksymalną granicę.
Śnieg padał dużymi, mokrymi płatami. Ocieplało się i rano prawdopodobnie będzie padał deszcz. Pan Gardy patrzył na wąską wstęgę oświetlonych szyn. Pochylił się do przodu, jakby tym sposobem chciał przyspieszyć bieg lokomotywy. Do nikogo nie przemówił ani słowem, dopóki pociąg mknął przez mgłę nocy. W miarę jak zbliżali się do miejsca katastrofy, coraz bardziej widoczny był tłum, stojący na torze. Pan Gardy zwolnił bieg, lecz nie zatrzymawszy ostatecznie pociągu przekazał prowadzenie lokomotywy maszyniście, a sam zeskoczył i począł przeciskać się przez ludzi i iść dalej, wydając nieświadome jęki rozpaczy.
Nieszczęście zdarzyło się przy moście, w pobliżu B., gdzie mieszkał brat pana Gardy. Pociąg pocztowy, który uległ katastrofie, składał się z dwóch wagonów ogólnych i dwóch sypialnych. Spadł z 25-metrowej wysokości i częściowo zapadł się pod lód. Na domiar złego dwa wagony sypialne zapaliły się i opanowanie ognia było niemożliwe. Pan Gardy ze smutkiem zobaczył, jak stojący wokoło ludzie rzucali bryły śniegu; tym beznadziejnym, rozpaczliwym wysiłkiem usiłowali zahamować rozprzestrzeniający się ogień lub tylko przytłumić go.
Nieszczęsny ojciec nie mógł zejść po urwistym i śliskim brzegu rzeki, pośliznął się i spadł w dół, nawet zdawał się nie czuć bólu od uderzeń. Dopiero tam, na dole pojął całą okropność i rozmiar wypadku. Wagon bagażowy i tender spadły w ten sposób, że stały wprost na lodzie, niby na torach. Jeden wagon osobowy leżał na boku, ale był przepołowiony, jakby jakieś gigantyczne ręce rozłamały go zręcznie i rozsunęły na boki pozostawiwszy złamane deski, sterczące ku sobie. Wydawało się, że można je ponownie zsunąć i połączyć bez śladu złamania. Drugi wagon spadł na sztorc i zanurzył się w jednej trzeciej części w wodzie. Część nawierzchni wcisnęła się w złamany wagon i dziwnie sterczała ku górze, jak fantastyczny filar albo pochylona wieża.
Pan Gardy widział to wszystko i inne szczegóły, słyszał jęki i wołania rannych, krzyki przysypanych odłamkami, skąd nieszczęśliwi ludzie wołali o pomoc. Ale gdzież są jego dzieci? Były mu teraz droższe niż kiedykolwiek przedtem. Tłum ludzi coraz się powiększał, tworząc bezmyślnie kłębowisko, hałaśliwe, a zupełnie zbyteczne. Pan Gardy biegał wśród odłamków żelaza i drzewa szukając swoich dzieci. Serce jego tłukło się boleśnie, gdy tylko pomyślał o możliwości ich śmierci. Ale oto najsłodszy dźwięk, głos małej Bessie, doleciał do jego uszu. Za chwilę już była przy ojcu, zarzucając mu ręce na szyję, a on przyciskał ją do swej piersi, jak w minionych czasach, gdy nosił ją na ręku.
– Gdzie jest Willie i Clara?
– O, tatusiu, oni są tutaj. Willie potłukł się nie więcej niż ja, a Clara straciła przytomność i leży tam dalej. – Bessie pociągnęła ojca do podnóża urwistego brzegu, gdzie ułożono wiele ofiar na poduszkach siedzeń wyciągniętych z wagonów. Byli tu umarli i umierający. Słychać było żałosne i bolesne jęki oraz płacz. Tutaj leżała Clara, bardzo blada i milcząca. Nad nią pochylał się Willie, u którego z wielu ran na głowie i na rękach spływała krew, ale był całkowicie przytomny i starał się ocucić siostrę. Pan Gardy ukląkł, zapadłszy się w śniegu, przy synu. Willie nie zdziwił się widząc ojca, tylko zdenerwowany załkał:
– O, o, o! Ona umarła…
– Nie – odparł ojciec – ona żyje.
Clara poruszyła się i drgnęły jej usta, ale nie otworzyła oczu. Ojciec zauważył dziwny wyraz jej twarzy. Trudno jest wyrazić słowami, w jaki sposób pan Gardy wciągnął dziewczynę na wierzch brzegu, gdzie pozostawił ją pod opieką miłosiernych kobiet, a sam udał się ponownie do piekielnego dołu, aby także ratować inne jęczące ofiary. Bessie opowiedziała o nocnym wypadku, wyjaśniając, że wyszła z niego tylko z podrapaniem dzięki temu, że trafiła między dwie poduszki siedzenia, co ją uchroniło od urazów. Ogólny niepokój zwiększył się, gdy policzono zabitych i liczba ich była powyżej 75 osób, a nie 10, jak mówił Berens. Wreszcie Bessie, Clara, Willie, razem z ojcem i innymi ofiarami wypadku zostali przywiezieni z powrotem do Bartonu, gdzie wielki tłum ludzi z wystraszonymi twarzami oczekiwał na dworcu. James Kakston oczekiwał jeden z pierwszych na transport rannych pociągiem skierowanym z warsztatów. W deszczu i mroku nocy ryzykując życiem wskoczył na platformę wagonu. W tę noc w Bartonie było wiele nieszczęścia i łez, które długo nie mogły znaleźć pocieszenia. Pani Gardy powitała dzieci i męża.
Późno, już po północy, zmęczony pan Gardy usnął, ale we śnie ponownie przeżywał wszystko, co widział, co niepodobna opisać. Ta katastrofa była jedną z najokropniejszych w Ameryce. Podany tutaj opis obejmuje jedynie ścisłą relację wypadku, którego szczegóły są zbyt dramatyczne i niniejszego opowiadania nie dotyczą.
Tak oto zakończył się drugi dzień życia z siedmiu, jakie zostały panu Gardy darowane.

(ciąg dalszy w następnym numerze)

Darowizna

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: