TYLKO SIEDEM DNI – CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE

Rozdział III – Pierwszy dzień

Gdy Pan Gardy obudził się pierwszego dnia z siedmiu pozostawionego mu życia, według zwyczaju rozmyślał o swoich sprawach, ale w pamięci szybko powstał obraz rzeczy widzianych ubiegłej nocy i przeraził się myśli, że natychmiast musi rozstrzygnąć, co w pierwszym rzędzie powinien robić. Nie było to łatwe zadanie, gdy się miało świadomość, że pozostało tylko siedem dni, i nic więcej.

Dawniej bywało, że milczał, pośpiesznie spożywał śniadanie i szybko wychodził. Dzieci zbierały się leniwie, kiedy które chciało i rodzina rzadko zasiadała razem przy stole.

Dzisiaj pan Gardy zaczekał, aż wszyscy się zebrali i podczas śniadania przeprowadził niby rodzinną naradę. Widział podniecenie żony, ale jej było bardzo przyjemnie odczuwać, gdy mąż zwracał się do niej z dawną delikatnością i miłością. To zadowolenie odbiło się na jej twarzy i wróciło odbicie minionej urody, jakie ją dawno opuściło wśród zgryzot. Dzieci odczuwały nagłą, wielką zmianę w swym ojcu, co dało się u nich zauważyć – różnie: Rozpieszczony George był nadąsany i cały czas milczał; Wille – zdenerwowany i także zamyślony; starsza córka Alice – dziewczyna o stanowczym charakterze i samodzielnie myśląca, ucałowała ojca tak znacząco, jakby starając się przekazać mu, że ona go całkowicie rozumie i ceni jego nowe podejście do nich; Clara wyglądała na przerażoną, zalęknioną, jakby śmierć już wkroczyła do ich domu; kilka razy zaczynała płakać, wreszcie wyszła z pokoju; Bessie, jak zwykle siedziała przy ojcu i była ze wszystkich najweselsza, spokojna i filozoficznie rozważała, niczym osoba dorosła, aż ojciec dwukrotnie uśmiechnął się do niej, gdy mu podawała swe rady.

Pan Gardy zachowywał spokój, ale na jego twarzy malowała się bladość oraz widoczne było, że wrażenia minionej nocy już się w nim utrwaliły i wzmocniły. Nie można w żaden sposób uważać go za obłąkanego. Żona jego widziała i wiedziała, że nigdy nie był bardziej rozsądny i tak spokojnie nie rozmawiał. Zawsze odznaczał się wrodzoną silną wolą. Obecnie hamował te pożądliwości, którym poprzednio lekko się poddawał. Nigdy dotąd nie przydarzyło się panu Gardy tak siebie pokonywać i tak stanowczo opanowywać swą nerwowość! Wszystko to odbywało się tak lekko, jakby samo od siebie przychodziło, a to dlatego, że teraz żył w światłości Wieczności. Wszystkie zasoby jego rozumu i serca zatrzymały się na myśli o krótkości zostawionego mu okresu życia. Wzruszony do głębi, modlił się w myślach:

– Wszechmogący Boże, naucz mnie użyć tych siedmiu dni najbardziej mądrze i w najlepszy sposób.

– Robercie, co dzisiaj będziesz robił? – zapytała żona.

– Myślałem właśnie o tym, moja miła; sądzę, że naszym pierwszym obowiązkiem jest Bóg; tak dawno wszyscy razem nie modliliśmy się rano wspólnie. Po rodzinnej modlitwie, gdy cała nasza rodzina stanie przed Bogiem, na kolanach, ja myślę, że On wskaże mi, co robić, co jest najbardziej ważne dla mnie.

Naiwna Bessie pośpieszyła oznajmić:

– Ja myślę, że tatuś powinien pozostać stale w domu i być razem z nami.

– Robercie – powiedziała pani Gardy, która podobnie jak Bessie, nie mogła pojąć całego zajścia – opuścisz swoją pracę? Jak będziesz ją mógł wykonywać w takim stanie? Starczy ci siły i cierpliwości pod wpływem tego wszystkiego, co się z tobą dzieje?

– Myślałem o tym i postanowiłem pracować nadal. Nie widzę, dlaczego miałoby być lepiej, gdybym pracę porzucił.

– I powiesz w pracy, że ci pozostało żyć tylko… – pani Gardy nie mogła wymówić następnego słowa, ugrzęzło jej w gardle.

– A co ty byś zrobiła, Alice? – spytał ojciec swą starszą córkę. Wprawdzie była kaleką, lecz już niejeden raz wykazywała w rodzinie niemały rozsądek i stanowczość.

– Ja nic bym nie powiedziała – odparła Alice, trochę pomyślawszy.

– Tak i ja sądzę – powiedział pan Gardy, skinąwszy głową. – Wszystko jedno, oni by nie zrozumieli moich przeżyć. Moim następcą, według wszelkiego prawdopodobieństwa, będzie nowo mianowany młody Welman, zupełnie przygotowany i nadający się do tej pracy. Dawniej nie chciałem rozmawiać z wami o tych sprawach, a teraz wydaje mi się, że moja praca jest cząstką mego rodzinnego życia. Naturalnie, uporządkuję wszystkie moje papiery. George ofiaruje mi pół dnia, aby wszystko dokładnie i szczegółowo opracować. Ty wiesz, Mary, że zawsze miałem swoje sprawy w takim porządku, żeby nic nie zakłóciło ich w razie mojej niespodziewanej śmierci. Dzięki Bogu, nie mam teraz potrzeby tracić wiele czasu na to, a mogę zająć się o wiele poważniejszymi problemami i im poświęcę swoje siły.

Rzeczywiście, szanujący się i stanowczy pan Gardy lubił mieć sprawy w porządku. Na swoim stanowisku dyrektora kolejowego był zmuszony bardzo często jeździć koleją i podobnie jak wielu kolejarzy, liczył się z możliwością różnych nieszczęść i niespodziewanej śmierci w czasie tych częstych podróży. Jednakże myśl o niebezpieczeństwie nie uczyniła go mniej pewnym siebie. Jak wszyscy ludzie, myślał w głębi duszy, że będzie żył długo. W razie katastrofy ulegnie wypadkowi maszynista, pomocnik palacza, konduktorzy, a on się uratuje.

Niespodziewanie Wille począł mówić:

 – Tatusiu, czy zabierzesz mnie i Georga ze szkoły?

– O, nie, gołąbku. Do czego by to doprowadziło? Ja chcę, abyście się dalej uczyli, jakbym miał żyć jeszcze pół wieku.

George milczał, patrzył przy tym na ojca z powątpiewaniem, czy jest przy zdrowych zmysłach. Ojciec zauważył to spojrzenie i zrozumiał je. Fala ogromnej tęsknoty zalała jego serce, dlatego iż przypomniał sobie jeden fragment snu, w którym syn dał mu się widzieć w domu gry. Ponownie szukał ulgi w cichej modlitwie: –  Miłosierny Boże, naucz mnie przeżyć te siedem dni jak można najlepiej, także w ustosunkowaniu się do mojej rodziny.

– Tatusiu! – nieoczekiwanie zawołała Bessie – a co zrobisz z Clarą i Jamesem? Czy wiesz, że oni są już zaręczeni?

– Bessie! – nagle z dziwną porywczością zawołała wracająca do pokoju Clara. Zauważywszy jednak, że ojciec się nachmurzył, jakoś się skuliła, bojąc się jego gniewu.

Pan Gardy patrzył dzisiaj na życie inaczej. Dobę wstecz postąpiłby wobec Bessie tak, jak zwykle ustosunkowywał się do jej dziwnych wyjaśnień rodzinnych tajemnic. Trochę by się pośmiał, a następnie stanowczo nakazałby Clarze zerwać zaręczyny, o ile takowe się odbyły; musiałaby wykonać to niezwłocznie i z tej przyczyny, że on w ogóle nie życzy sobie wejścia do rodziny Jamesa Kakstona. Brał pod uwagę fakt, że James jest biedny. Poza tym, co gorsza, ojciec Jamesa zwyciężył pana Gardy w miejskich wyborach, gdy chodziło o zaszczytne i intratne miejsce. Pan Gardy nigdy nie zapomniał tej urazy i nie przebaczył ujmy. Gdy zauważył, że jego dzieci przyjaźnią się z Kakstonami, zabronił im chodzić tam, co wreszcie doprowadziło, jak wszelki nie obmyślany zakaz, do niepożądanego rezultatu, to jest do zaręczyn Clary z Jamesem. Pan Gardy uważnie popatrzył na Clarę i bardzo czule powiedział do niej:

– Claro, dziecko drogie, trzeba koniecznie o tym szczegółowo porozmawiać. Ty wiesz, że twój ojciec kocha cię i pragnie twego szczęścia – głos mu się urwał ze wzruszenia, a Clara znów się rozpłakała i wyszła z pokoju.

– No, dosyć już, dosyć – zaoponował pan Gardy, widząc, że nikt nie jest w stanie mówić. – Zawołamy do Pana, On nas wszystkich zrozumie.

George wstał z niechętną miną, aby odejść.

– George – cicho zawołał ojciec – czy nie zostaniesz z nami? – George usiadł zmieszany. Alice i Clara również wróciły.

Ojciec otworzył Pismo Święte i przeczytał znany rozdział Listu do Efezjan, zaczynający się od słów: „Dzieci, bądźcie posłuszne rodzicom swoim w Panu”. Następnie w krótkiej, ale serdecznej modlitwie prosił o Boże błogosławieństwo i pomoc na cały dzień. W ten sposób rozpoczął dzień niosąc brzemię odpowiedzialności, którą odczuwał dopiero teraz. Nie doszedłszy jeszcze do drzwi, wrócił, usiadł obok żony i objął ją, a Bessie wdrapała się również na kanapkę, całując to ojca, to matkę. Synowie stali niezdecydowani i zdziwieni; oni tak mało przyzwyczajeni byli do pieszczot ojcowskich, że teraz czuli się skrępowani w jego obecności. Matka była zupełnie przygnębiona.

– Robercie! Nie mogę pojąć tego, jak możesz taką wagę przywiązywać do snu? W ten sposób szkodzisz sobie i nam. Bóg przecież nie żąda, abyśmy wszyscy się zasmucali do tego stopnia. Wierz mi, to był tylko sen. Będziemy żyć lepiej, żyć dla Pana, ale błagam cię, przestań już myśleć o tym, że po siedmiu dniach zabraknie ciebie wśród nas. To jest niemożliwe! Wybacz, to jest nawet nieładnie. Sam pozbawiasz się odwagi ducha.

– Mary, moja droga, chciałbym, aby Bóg dał mi siedem lat, żebym zlikwidował swój egoizm i niedbały stosunek do ciebie. Jednak jestem przekonany, że zostało mi danych tylko siedem dni. Muszę pracować nieustannie myśląc o tym. Niech mi w tym Bóg dopomoże! Dzieci, nie spóźnijcie się! Dzisiejszy wieczór spędzimy razem. Alice, rozwesel i zabaw mamę. Ty jesteś dobrą dziewczynką, a ja…

Znów pan Gardy nie mógł opanować się dręczony myślą, że nigdy do tej pory nie poświęcał uwagi ani troski tej silnej i dzielnej córce, która nigdy nie uskarżała się na swoje kalectwo. Żal i wyrzuty sumienia boleśnie rozdzierały jego serce, bowiem dotychczas nieprzerwanie oblewał zimną wodą wszystkie marzenia Alice, aby zostać artystą-malarzem. Teraz patrzył za nią, jak kulejąc szła w stronę matki i dopiero teraz zauważył, jak pięknie wyglądała jej wzruszona twarz. Uświadomił sobie, że z powodu jej kalectwa zaniedbywał ją więcej niż pozostałe dzieci; spostrzegł, że w jej mądrych oczach zalśniły łzy z nieoczekiwanej jego pochwały.

– O, jak wiele straciłem i odepchnąłem od siebie, podczas gdy mogłem dać tyle szczęścia innym! – ze smutkiem wyrzucał sobie. Ta myśl zupełnie rozbiła jego serce. Zdawało mu się, że nie jest w stanie podnieść się z miejsca i wyjść z domu. Ale to trwało tylko chwilę. Opanował się, szybko wyszedł do przedpokoju i ubierając się, rzekł:

– Idę przede wszystkim odwiedzić biednego Skowiła. Na obiad nie przyjdę, bo będę zajęty, a wrócę do domu o szóstej godzinie na kolację. Do zobaczenia!

Płacząca żona podbiegła do niego. Pocałował ją i córki, które nigdy nie pamiętały takich pieszczot – ostatni raz całował je, kiedy były jeszcze dziećmi. Synom podał rękę i wyszedł, jakby na stracenie, a w jego oczach mimowolnie błyszczały łzy.

Wy, wszyscy mężczyźni – ojcowie, mężowie i synowie! Chociaż wytrwale pracujecie na utrzymanie drogich waszych, to jednak dlaczego odzwyczailiście się od okazywania niewiastom miłości i czułości, które są im tak potrzebne? Dlaczego oduczyliście się być uważnymi i uprzejmymi, tak że jeśliby wam teraz, wychodząc z domu, przypomniało się, aby pocałować matkę, żonę czy siostrę, wtedy pomyślałyby, że z wami stało się coś niezwykłego i niespodziewanego, że przygotowujecie się na jakieś niebezpieczeństwo, względnie już przydarzył się wam jakiś wypadek?

Was, mężczyzn jeszcze nie było na świecie, kiedy matki już myślały o was, cierpiały z powodu was, gotowe były oddać za was wszystko, a jeśli trzeba, nawet swoje życie. W czasie dzieciństwa, wieku chłopięcego, okresu młodzieńczego i dojrzałości, a również w latach późnej starości, niewiasty usługują wam niezależnie od swego stanu zdrowia, znoszą bez narzekania i szemrania wasze kaprysy, niesprawiedliwości, brzydkie charaktery i gniewy.

Jesteśmy w każdej chwili otoczeni czułą opieką, baczną troską i nieustanną pracą niewiast, a wy nie chcecie powiedzieć im ani jednego słowa wdzięczności, zachęty lub pochwały.

Wszystkie te dowody ich opieki traktujecie jako coś, co się wam należy! Dlaczego uważacie, że te wierne serca nie pragną jakiegokolwiek sposobu wyrażenia waszej sympatii i przywiązania? A jeśliby nawet niewiasty nie przywiązywały wagi do tego, to jednak dlaczego nie czynicie tego? Powodem jest wasze niedbalstwo i oziębłość wobec nich.

To właśnie wy, mężczyźni, wypędzacie z grona rodzinnego zwyczaj łagodnego i delikatnego obchodzenia się. Nie nazywajcie tego błahostkami. Z takich drobnostek składa się Niebo, to jest Raj, którego ziemskim podobieństwem powinna być miłująca się, szczęśliwa rodzina. O rodzinie, w której wszystko osnute jest na „drobnostkach”, słusznie powiada się: Miłość tu panuje, a zły nie może się tam wedrzeć, aby nieczystą nogą zgnieść najsłodszą rzecz na ziemi.

Pan Gardy śpieszył do domu Skowiła snując plany dla ułożenia bardziej wygodnego i szczęśliwego życia poszkodowanego.

– Podaruję mu to miejsce, gdzie mieszka i urządzę je jakoś, aby mógł leczyć się w domu, a nie w szpitalu. Dla niego to będzie najważniejsze. Biedak! Aż mi wstyd, że wczoraj go nie odwiedziłem. Żona mi mówiła, że starsze dziecko liczy tylko cztery lata, a żona Skowiła jest nieuleczalną kaleką. Należało ich wczoraj odwiedzić.

Zbliżając się do domu Skowiła, był zaskoczony widokiem grupki ludzi stojących przy wejściu. Wszyscy byli smutni i o czymś żywo rozmawiali.

Gdy pan Gardy przechodził obok, oni niechętnie się usunęli i niemal niegrzecznie. Poznawszy jednego z robotników, pan Gardy zwrócił się do niego:

– No cóż, Stewens, jak się dzisiaj czuje Skowił?

– On zmarł…

Pan Gardy odsunął się, jakby ktoś mocno uderzył go w piersi.

– Umarł? Czy tak powiedziałeś?

– Zmarł przed godziną – dodał drugi robotnik. – Chirurg przyszedł późno, a po amputacji obu nóg okazało się, że to nie wszystko, bo Skowił miał kilka innych silnych uszkodzeń.

– Czy był przytomny przed zgonem? – spytał pan Gardy odruchowo, cały nękany wyrzutami sumienia.

– Tak, do ostatniej chwili – poinformowano go.

Pan Gardy zbliżył się do drzwi i zapukał. Otworzyła mu sąsiadka Skowiłów. Widok, jaki ukazał się jego oczom, wstrząsnął nim. Zmarłego wyniesiono do innego pokoju, a żona jego leżała zupełnie tak samo, na tejże zniszczonej leżance, w tym samym stanie, jak to widział we śnie pan Gardy. Nad nią pochylał się lekarz. Pokój zapełniony był przez sąsiadów.

Chirurg podniósł się od chorej i rzekł spokojnie, lecz stanowczo:

– Otóż, dobrzy ludzie. Proszę pójść na pewien czas do swoich domów. Może weźmiecie ze sobą te dzieci? Niczym jej teraz pomóc nie możecie, wasza obecność denerwuje chorą…

– Ach, panie Gardy! – zawołał lekarz, gdy zobaczył zarządzającego – pan tutaj… Jakie smutne wydarzenie! No, no, proszę wszystkie panie wyjść! – Tym razem wszyscy posłuchali i wyszli, oprócz siostry chorej kobiety. Pan Gardy odprowadził doktora do okna i począł wypytywać o szczegóły. Był tak wstrząśnięty i zdenerwowany, że mocno się trząsł.

– Pan widzi – wyjaśnił doktor – Skowił był jakby już martwy w momencie wybuchu. Miał wewnętrzne uszkodzenia i nic go już nie mogło uratować. W czasie, gdy zdarzyło się to nieszczęście, byłem w B. pomagając tym, którzy ucierpieli podczas pierwszej katastrofy w ubiegłą sobotę. Telefonowałem, że przyjadę natychmiast, ale w drodze mnie zatrzymano i zdążyłem tutaj dopiero teraz. Do mojego przybycia udzielono mu wszelkiej pomocy, co tylko można było uczynić. Nic, oczywiście, nie mogło biedaka uratować. Ten cios zabije i jego żonę.

– Cóż więc będzie z dziećmi? – zapytał pan Gardy, znowu czując konieczność postanowienia, jak byłoby najlepiej. Chirurg wzruszył ramionami. On już w swej praktyce przyzwyczaił się do scen nieszczęść i cierpień.

– Dzieci prawdopodobnie ulokują w Domu Dziecka – stwierdził lakonicznie.

Chora poruszyła się niespokojnie i zajęczała. W tejże chwili lekarz był przy niej. Pan Gardy zamyślił się, a następnie podszedł cicho do lekarza i spytał, czy można przejść do pokoju i popatrzeć na zmarłego. Zdziwiony lekarz skinął głową na znak zgody. Pan Gardy przeszedł wobec tego do tylnego pokoju i przymknął za sobą drzwi. Uniósł prześcieradło z twarzy Skowiła i przypatrywał się zmarłemu. Głęboko nim wstrząsnął wyraz tego martwego oblicza. Rysy człowieka, skamieniałe w przedśmiertnej agonii, mówiły o wielkiej rozpaczy. Każdy, spojrzawszy w tę martwą twarz, zrozumiałby odbicie bezgranicznej męki. Około pół minuty pan Gardy uważnie przyglądał się twarzy nieszczęśnika, następnie przykrył ją znowu prześcieradłem i klęknął na kolana przy prostym łożu; winne sumienie jego prosiło Boga o miłosierdzie.

 – O, Panie! – jęczał pan Gardy – nie policz mi tej śmierci za winę. – Nawet w czasie modlitwy nie mógł uporać się z myślą, która przeszkadzała mu w modlitwie. – Jestem zabójcą tego człowieka! To ja dałem polecenie, aby pracowali w niedzielę. Tydzień temu, gdy mi doniesiono, że retorty zagrażają bezpieczeństwu, odmówiłem obejrzenia ich i powiedziałem, że to nie moja sprawa. Zmusiłem tego człowieka pod groźbą pozbawienia go pracy, jeżeli odmówi. Poleciłem mu pracować w ten jedyny dzień, w którym Bóg polecił wszystkim ludziom odpoczywać od pracy. Uznaję siebie za chrześcijanina, jestem członkiem kościoła, mam wielkie środki i ja, właśnie ja, nikt inny, postawiłem tego człowieka w warunkach śmiertelnego niebezpieczeństwa w niedzielę, aby otrzymać więcej pieniędzy dla zaspokojenia ludzkiego egoizmu i korzyści. Ja, właśnie ja, uczyniłem to! A ten człowiek swego czasu uratował mi życie. Teraz jestem jego mordercą, a zabójcy nie odziedziczą Królestwa Bożego!

Tak się modlił nieszczęśnik przy stygnącym ciele robotnika. A przecież tak postępuje cały świat. Ludzie zajmujący wysokie stanowiska mogliby swą  władzą spowodować zaniechanie pracy w niedzielę, ale oni nie uważają tego za stosowne i ważne. Czyż nie widzimy, jak nawet w krajach chrześcijańskich w pobliżu kościołów huczą fabryki i łoskoczą maszyny? Masy ludzi pracują zamiast zatroszczyć się o własne dusze. Nierzadko oni sami dążą do tego, aby pracować w dzień Pański i aby więcej zarobić i przez to szkodzą swej duszy albo zupełnie zatracają ją na wieki. Zapominają o przykazaniu Bożym i myślą, że wszystko będzie dobrze. Płacą za to nie tylko oni sami, ale i ich dziatwa. Tak uczy Słowo Boże i potwierdza to życie. Nie można iść przeciwko Bogu i Jego Słowu i oczekiwać błogosławieństwa. Czas wielki, aby mającym władzę i środki, także wszystkim pracującym i wszystkim nam, szczególnie chrześcijanom, zwrócić uwagę na duchowe potrzeby człowieka, a zwłaszcza dzieci. Zgłodniałe dusze staną w Sądny Dzień przed Wszechmocnym – Najwyższym i winni będą musieli dać odpowiedź. Pieniądze, albo dusze! Niechaj fakty mówią same za siebie.

Pan Gardy nie wiedział, jak długo pozostawał na kolanach w tym pustym pokoju przy zwłokach Skowiła. Wreszcie, ciężko powstał i wyszedł. Modlitwa nie orzeźwiła go. Doktor uważnie i z zaciekawieniem popatrzył na niego, ale o nic nie zapytał.

Chora kobieta była na wpół przytomna. Kucharka pani Gardy, a jej siostra, siedziała obok niej całkowicie wyczerpana. Doktor pośpiesznie dawał wskazówki co do pielęgnacji chorej i szykował się do wyjścia. Widząc, że sąsiedzi wrócili, lekarz opuścił obydwie kobiety.

Wychodził z panem Gardy, ciągle jeszcze pochłoniętym szczerym zamiarem przyniesienia konkretnej pomocy matce oraz dzieciom. Zobaczyli idącego naprzeciw im pastora Johnsona, który zdziwił się, ujrzawszy pana Gardy. Zapytał lekarza o chorą i oznajmił, że chciałby widzieć biedną wdowę, na co doktor zezwolił. Pastor szepnął panu Gardy:

– Ona wiele pracowała dla naszej społeczności.

Pan Gardy nawet nie wiedział, że Skowiłowa była członkinią kościoła i ze wstydem przyznał się do tego. Udał się z pastorem do chorej, ciągle mając nadzieję, że będzie w czymśkolwiek pomocny.

Pastor ukląkł na kolanach przy chorej i począł z nią rozmawiać. Później, prawdopodobnie w odpowiedzi na jej ledwie dosłyszalną prośbę, znalazł słowa pociechy, modląc się szczególnie dobrze i kojąco. Słuchając go, pan Gardy dziwił się, jak on mógł nudzić się w czasie kazań tego człowieka. Usiadł więc, nie mogąc opanować szlochu i serce jego się otwarło do pociechy, jaką pastor dawał chorej. Gdy duchowny powstał z kolan, pan Gardy ciągle jeszcze siedział, zasłoniwszy twarz dłońmi. Doktora ktoś wywołał. Pastor dał polecenia w sprawie pogrzebu Skowiła, rozprawiając o tym z kobietami i zamierzał odejść, a wtedy pan Gardy wstał i wyszli razem. Pewien czas szli w milczeniu, aż wreszcie pan Gardy odezwał się:

– Panie John! Muszę rozmówić się z panem i nawet pokutować. Nie mam teraz czasu na dokładną spowiedź, ale pan musi wiedzieć, że minionej nocy spotkałem się z Bogiem twarzą w twarz i po raz pierwszy w moim życiu pojąłem, jak głęboko samolubnie żyłem. Potrzebuję pana modlitwy i pomocy. Ja także chcę usłużyć kościołowi, wypłacając mój dług dla niego, jak nie czyniłem tego nigdy wcześniej. Nie podtrzymywałem pana w waszych dobrych sprawach, jak byłem powinien to uczynić. Teraz chcę, aby w ciągu tego tygodnia pan  liczył na mnie we wszystkim, w czym tylko mogę być przydatny. Proszę mi wybaczyć, że nie uwzględniłem pana ostatniej prośby. Bezwarunkowo będę na wieczornym nabożeństwie we czwartek, aby pomagać wam, w czym potrafię.

Pastor mimo woli zapłakał. Ujął rękę pana Gardy i serdecznie ją uścisnął, mówiąc:

– Niech Bóg ci błogosławi, mój bracie! Proszę pozwolić i mnie usłużyć panu, czym będę mógł.

Panu Gardy zrobiło się lżej po krótkim przyznaniu się do swoich zaniedbań. Doszedłszy do rogu, pożegnał się z pastorem i poszedł do pracy.

 (ciąg dalszy w następnym numerze)

Darowizna

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: