TYLKO SIEDEM DNI

CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE

Rozdział II – Sen pana Gardy

Aby wyjaśnić, co zaszło i co spowodowało lęk pani Gardy, należy opowiedzieć, co przeżywał pan Gardy, od chwili gdy usnął na kozetce przed kominkiem.

Zdawało mu się, a może śniło, że wyszedł z pokoju i znalazł się  w nieznanym miejscu, gdzie jedna wielka myśl wszystko napełniała. Było to zrozumienie obecnej chwili. Przed nim rozpostarta była przestrzeń ziemi ze wszystkimi jej mieszkańcami. Jak w zaczarowanej latarni mógł widzieć wnętrza każdego domu, każdej restauracji, każdego rozrywkowego lokalu, każdego sklepu, każdej izdebki. Widział wszystko, co się robiło w miejscach handlu, rozrywek i hańby po całym obliczu ziemi.

Jakby przez telefon słyszał rozmowy wszystkich ludzi i rozumiał ich wszystkich, wyławiając rozpaczliwy płacz i poznając nawet sens niewypowiedzianych serdecznych myśli. Z bezsensownym pośpiechem, jak to bywa nieraz we śnie, zaglądał do każdego miejsca, widocznego niby pod szklanym dachem, przez który docierał do niego każdy dźwięk. Uniósłszy, według swego wyboru którykolwiek z tych dachów, bez porównania lepiej mógł słyszeć i widzieć wszystko, co pod nim się myślało, działo i odczuwało.

Odszukał swoje rodzinne miasto, Barton i schylił się niżej nad podniesionym dachem, aby lepiej widzieć i słyszeć. Zobaczył dom pastora,       w niedzielę, natychmiast po wieczornym zgromadzeniu, które sam ocenił jako bardzo nudne. Pastor Johnson rozmawiał ze swoją żoną:

– Moja miła, ja zupełnie tracę moc ducha, opadają mi ręce. Cierpię okropnie. Próżne są moje modlitwy o zesłanie Ducha Świętego na nasz zbór; członkowie zboru pozostają nadal zimni i obojętni; Duch Boży nie ogrzewa ich. Ty wiesz, jak dzisiaj szczególnie zapraszałem wszystkich na nabożeństwo do kaplicy, a przyszła zaledwie garstka ludzi. Naprawdę, opadają mi ręce. Jestem duchownym z powołania, nie mogę rzucić obowiązku, ale przecież „jeden w polu nie będzie bohaterem”. Ty wiesz, gdybym porzucił pracę duchową, to pracą literacką zarobiłbym więcej dla nas i dla wszystkich naszych dzieci, ale całe moje serce jest w pracy pasterskiej. Tak chętnie i tak szybko wszyscy się wpisali, ale samą pracę wykonywać nikomu się nie chce.

 – Może być, że na próżno się denerwujesz, John. Pomyśl, jaka dzisiaj jest pogoda.

– Ale przecież zbór liczy prawie 400 członków i prawie wszyscy mieszkają w pobliżu, a przyszło tylko 50 osób. Czy to jest sprawiedliwe?

– A jednak, pomyśl, pan Gardy był. Rozmawiałeś z nim?

– Tak. Podszedłem do niego po zgromadzeniu, ale on się ze mną obszedł bardzo chłodno. A, między innymi, on jest najbogatszy i można powiedzieć, najbardziej uzdolniony. Ileż dobrego mógłby zrobić, gdyby…

Pan Gardy nie słyszał końca zdania. Zobaczył bowiem przed sobą ulicę, którą szedł przewodniczący Szkoły Niedzielnej, a pan Gardy czytał jego myśli: „… Źle, źle idą u nas sprawy. Pan Gardy odmówił mi zajęcia się klasą chłopców, którymi nie ma się kto zająć, i oni łobuzują tylko w niedzielę; no tak, a Bob Wilson został przyłapany na niewielkim złodziejstwie. Zamknęli go, ale jak się czuje jego matka? Dziwię się, że tacy ludzie, jak pan Gardy, nie mogą pojąć ważności i dobrodziejstwa Szkoły Niedzielnej. Dzieci, którymi nikt się nie zajmuje, nie wiedzą co robić z czasem, dokąd pójść z nudów, zajmują się wobec tego wybrykami, przyzwyczajają do lenistwa, bezczynności, wreszcie tracą swą zdolność zainteresowania się czymkolwiek. Młodzież pracująca cały tydzień ma wolną niedzielę i czym się ma tego dnia zająć? Co robić? Pan Gardy, taki wykształcony człowiek, mądry i wolny… Zna chemię i geologię, mógłby zainteresować chłopców tymi rzeczami, mógłby zaprosić ich do swego laboratorium i wyjaśnić im ciekawe doświadczenia! U wielu z nich pan Gardy mógłby obudzić chęć do nauki. Jego dobry wpływ nie przepadłby bez śladu. Nie rozumiem, zupełnie nie pojmuję, jak tacy ludzie, obdarzeni zdolnościami i wielkimi środkami, nie znają swojej siły. Nazywają siebie chrześcijanami,ale gdzie ich chrześcijaństwo i chrześcijańska usługa?” – Kiwając głową kierownik Niedzielnej Szkoły niepostrzeżenie znikł sprzed oczu pana Gardy.

Pan Gardy zobaczył teraz mieszkanie okaleczonego robotnika Skowiła, oczekującego na operację: amputację obu nóg. Moc, której pan Gardy nie potrafił się sprzeciwić, zmusiła go do patrzenia i słuchania wszystkiego – chciał-li czy też nie. Żona Skowiła leżała na zniszczonej kanapie, a kucharka pana Gardy klęczała przed chorą, ledwie wstrzymując łzy i w swoim ojczystym języku szwedzkim, usiłowała pocieszyć chorą. A więc to prawda, że one są siostrami… Skowił ciągle pozostawał na wpół przytomny od niewysłowionego bólu. Było przy nim trzech lub czterech robotników z żonami, którzy przyszli pomóc w nieszczęściu czym kto mógł. Czekano na chirurga kolejowego, po którego posłano. Jeden z ludzi zwrócił się do starszego, Berensa:

– Byłeś u pana Gardy?

– Tak, ale on był właśnie w kościele. Prosiłem, aby go powiadomiono o tym nieszczęściu.

– W kościele? Widać, że już sam diabeł po kościołach chodzi. Po cóż to temu bezbożnikowi? Przyjdzie on tutaj?

– Nie wiem – odpowiedział Berens krótko.

Robotnik wskazał na Skowiła i zapytał Berensa:

– Ty wiesz przecież, że to on uratował życie panu Gardy.

– Bardzo dobrze wiem o tym i pamiętam: przecież i ja wtedy stałem tuż obok.

– Co będzie z dziećmi Skowiła, jeśli on umrze?

– Nie wiem.

Na tym skończyli rozmowę, gdyż wszedł chirurg i ponaglał przygotowania do operacji. Ostatnie, co się dało panu Gardy usłyszeć, to był dziki krzyk nieszczęśliwej żony Skowiła, która usiłowała powstać na nogi, ale padła zemdlona na podłogę. Dwoje młodszych dzieci w przerażeniu uchwyciło się sukni matki. Skowił, przytomny teraz, krzyczał z bólu i w mękach agonii:

– Miłościwy Boże mój! Jakież piekło to doczesne życie!

Znowu wszystko znikło z oczu pana Gardy. Zaglądał oto teraz do jakiegoś pokoju, ale obraz był zamglony. Robert stopniowo począł odróżniać szczegóły i wszystko pojął. Najpierw poznał swego najstarszego syna Georga   w towarzystwie młodzieży. Wszyscy byli pilnie zajęci – czym? Co to stoi  przed nimi? Pan Gardy przetarł oczy od zdziwienia i począł przyglądać się. Tak, wzrok go nie mylił, to są butelki. I stół do kart. Tak, tutaj George tracił wszystkie swoje pieniądze i te, które wypraszał u Bessie! Nic z tego, co widział dotychczas nieszczęśliwy ojciec, nie zraniło serca tak, jak ta scena. Sam szczycił się swoją wstrzemięźliwością i brakiem nałogów i szczerze je nienawidził. Pan Gardy nie był niemoralny, tylko wielkim egoistą. Gra  w pieniądze, pijaństwo, rozpusta w obyczajowości i wszystkie inne upadki ludzkie były dla niego największą obrzydliwością; o wewnętrznych duchowych ułomnościach nie myślał. Przeraził się, że jego rodzony syn wpadł w ten dół. Chciał odwrócić wzrok, ale był zmuszony patrzeć i słuchać. Wszyscy młodzi ludzie palili papierosy i nie krępując się pili piwo i wino. Jeden z nich, modnie ubrany i trzymający w ręku papierosa (diabelski wynalazek), przemówił  ze śmiechem:

– Wiesz, George, jak twój staruszek ojciec wybałuszyłby oczy, gdyby wiedział, żeś ty tutaj!

– Tak, naturalnie! – zawołał George, tasując karty i nalewając sobie do kieliszka. Rozmawiający z nim towarzysz ciągnął dalej:

– Twoja siostrzyczka Bessie nadzwyczaj szybko wyprostowuje się i zaokrągla. Ona będzie pięknością. Proszę, zapoznaj mnie z nią.

– O nie, nie zapoznam! – ze złością odparł George. Wprawdzie ze słabej swej woli często obcował z tymi towarzyszami, ale jeszcze nie był zupełnie zepsuty. Jego butelkowi kompanowie nie cieszyli się jego sympatią; znał ich wartość i wielokrotnie postanawiał z nimi zerwać. Zauważył, że po każdej pijatyce stawał się bardziej nerwowy i podniecony.

Towarzysz jego cały się zapalił:

– Achaaa! To my nie jesteśmy godni być przedstawieni twojej siostrzyczce! Otóż! Jaka ona księżniczka-niedotykalska! A braciszek jej wydaje się lepszy od nas? Cha, cha, cha!!

George coś niegrzecznie odpowiedział, a kompan go uderzył. W jednym momencie George poderwał się i rzucił z pięściami na przeciwnika. Rozpętała się bójka ku dzikiej radości pozostałych. Wielkim wysiłkiem woli pan Gardy, z trwogą obrzydzenia i męki, oderwał się od tej poniżającej sceny.

Ukazał mu się wreszcie jego własny dom. Wieczór. Ani dzieci, ani jego nie ma. Jego żona samotna siedzi przed kominkiem, patrząc w płomienie, tak jak spoglądała przed tym niż on zasnął. Siedzi więc i myśli, myśli… Myśli jej podobne są do żarzących się węgli, padają na serce pana Gardy i palą go bardziej niż ostatnia scena.

– Mój mąż! – mówiła sam do siebie pani Gardy – Jak on się zmienił!… Dawno już nie widzę od niego pieszczoty. Bywało, że wychodząc do pracy, tak delikatnie całował mnie. Lubiłam, gdy przykładał dłonie do mych policzków, jak dziecku swemu. Miły, dobry i zawsze wesoły bywał on przedtem w tamte minione dni, w naszym starym Wermoncie, kiedy trzeba było wiele rozmawiać i walczyć z niedostatkiem. Wtedy jego wszystkie myśli były związane z domem i żoną. Ale lata zmieniły go. O, jak gorzko go zmieniły. Chciałabym wiedzieć, czy pamięta, że ja pragnę jego poprzedniej przyjaźni, poprzedniego zaufania? Naturalnie, wiem, że pracował dla mnie. Osiągnął więcej, niż myślał. Ale po cóż mi to wszystko bogactwo? Cóż znaczy ten przepych w porównaniu z miłującym spojrzeniem, z przyjacielską pieszczotą? O, Robercie, Robercie, wróć do mnie dawnym!… Jestem tak samotna, tak nieskończenie samotna! Niechaj Pan zabierze od nas cały majątek i poważanie w otoczeniu, niechaj wszystko przepadnie, dlatego, że ja przestaję w tym kochać mego męża! Wielki, długo cierpliwy i miłosierny Panie! Dopomóż mi! Ja sama staję się zła,  nie mogę znosić takiego życia! O, miłosierny Ojcze, przez Jezusa Chrystusa, nie daj mi utracić rozumu albo wiary! O, Robercie, Robercie! Mój najukochańszy, mój mężu! Staram się nie przestawać cię kochać! Ja chcę cię kochać! Chcę, abyś był, jak poprzednio. Ulituj się nade mną, Panie!

Pani Gardy padła na kolana twarzą do poduszki, szlochając i modląc się. Pan Gardy już wyciągnął ramiona do swej żony z prośbą o przebaczenie i z postanowieniem pocieszenia jej, jak bywało dawniej, gdy miłość ich była młoda i gdy nie miał jedynego przed sobą celu: zwiększenia majątku i wygód. Odczuł jednak, że niezwalczona moc podniosła go od ziemi i poniosła wysoko, bardzo wysoko, obok gwiazd i planet, błyszczących w głębokim przestworzu, podobnych do drogich kamieni. I tak szybował stale naprzód, zdążając tam, gdzie określenie czasu nie istniało, chociaż z początku zdawało mu się, że leci już całe wieki. Jakaś siła pociągała co coraz wyżej, naprzód, w sferę Wszechmocnego Oblicza, zwyciężającego, wszechmogącego, jakiego on nigdy nie mógłby sobie wyobrazić. Zwyciężony tą wielkością, lękając się i drżąc, zrozumiał, że stanął przed Obliczem Wieczności.

Na czole Jego świeciło się i błyszczało jedno słowo: Dzisiaj. Pan Gardy zadrżał przed tym spojrzeniem, przed groźnym i spokojnym Obliczem; przeczytał to słowo i poczuł, że dusza jego skruszyła się w nim. Oblicze zaczęło mówić. Mowa Jego była podobna do grzmotu tysiąca oceanów, poruszonych straszliwymi burzami, a jednocześnie przez to druzgocące wrażenie płynął strumień dziwnej muzyki, cichej, delikatnej, dźwięcznej jak nieogarniona miłość, jakby słyszało się skądś boski śpiew aniołów. Oblicze zwróciło się         do niego:

– Niemądry człowieku! Ty zlekceważyłeś Mnie i pogardzałeś Moim objawieniem w ciągu pięćdziesięciu lat. Zapomniałeś, że powinieneś żyć dla wieczności i żyłeś tylko dla siebie. Podszedłeś lekkomyślnie i beztrosko do wielkich potrzeb świata. Czas twojej naprawy jest bardzo krótki. Ten, który kieruje wszechświatem, przeznaczył ci tylko siedem dni życia na ziemi, abyś    w tych siedmiu dniach mógł wykazać innego ducha i uratować swą duszę  od wiecznej hańby. Śmiertelniku, patrz, abyś w tym drogocennym a krótkim czasie potrafił pracować dla duszy tyle, ile pracują ci, którzy szukają w kopalniach szlachetnych kamieni. Ja, który mówię z tobą, jestem Wiecznością.

Gardy wydawało się, że upadł przed tym wstrząsającym Obliczem i w niewypowiedzianym strachu, w goryczy błagał o przedłużenie mu czasu życia ziemskiego.

– Siedem dni! Ależ to przecież tylko siedem bystrych sekund, aby naprawić moją przeszłość. Siedem dni! Przecież to jest niczym w śladach biegu czasu! O, Wszechmocna Władzo, zlituj się, zmiłuj się! Daj mi trochę dłuższy okres! Siedem tygodni! Siedem lat! Będę żyć dla Ciebie, jak nie żył żaden ze śmiertelnych!

Robert Gardy szlochał, wyciągając modlitewnie ręce do jaśniejącego Oblicza. Z modlitwą i gorzkimi łzami padł na twarz i kiedy podniósł oczy, Oblicze skłoniło się ku niemu i nawet wydawało mu się, że uśmiech współczucia wionął i błysnął na Nim. Oto miał już nadzieję, że czas jego będzie przedłużony, ale nie był tego pewien. Nagle Robert Gardy się przebudził.  Nad nim pochylała się jego żona. Jej łza kapnęła mu na twarz, kiedy podniecona, głośno budziła go.

Pan Gardy podniósł się i usiadł, strwożony i drżący. Przyciągnął żonę do siebie i pocałował ją z dawno niebywałą czułością. Potem, ku wielkiemu jej zdziwieniu, cichym głosem opowiedział o tylko co otrzymanym objawieniu. Słuchając go, żona nie ukrywała zdumienia. Ale serce jej ścisnęło się lękiem, kiedy powiedział:

– Mary, ja nie mogę tego uważać za zwykły sen. Obudziłem się  z mocnym przekonaniem, że pozostało mi do przeżycia tylko siedem dni.

Mówił to pan Gardy z niezwykłą powagą, wejrzenie jego wyrażało tyle smutku i równocześnie z tym postanowieniem on sam tak nie był podobny do pana Gardy ostatnich czasów, że żona jego drgnęła. On zaś ciągnął dalej:

– Ja czuję, że Pan mnie powołuje i pozostało mi tylko siedem dni, abym wypełnił przeznaczone mi sprawy na tej ziemi.

– O, Robercie! To był tylko sen!

– Nie, to było coś bardziej znaczącego, Mary. Ty wiesz, ja jestem zupełnie wolny od zabobonów i moja wyobraźnia nie jest tak bardzo rozwinięta. Wiesz także, że ja nigdy nie mam snów. To było coś innego. Ja będę odwołany z tej ziemi dokładnie po tygodniu. Czy tutaj są dzieci? Zawołaj je.

Pan Gardy mówił tonem takiego spokojnego przeświadczenia, że żona jego była wystraszona i zdziwiona. Wówczas właśnie odsunęła zasłonę, jak już to było powiedziane poprzednio, i zawołała dzieci. Pan Gardy spoglądał na nie ze specjalną miłością i z wyrazem takiej czułości, jakiej one nie widziały od wielu lat. Krótko, ale hamując wzruszenie, opowiedział o swych przeżyciach, lecz opuścił szczegóły objawienia i nie wspomniał sceny, gdzie mu się ukazał George. Następnie z niezwykłą powagą, która wszystkim wstrząsnęła, oznajmił:

 – Moje miłe dzieci! Ja nie żyłem tak, jak się należało. Nie byłem dla was ojcem, jakim powinienem był być. Prowadziłem życie egoistyczne i nieużyteczne. Teraz pozostało mi tylko siedem dni życia. Słyszałem głos Boży i ja…

Głos mu się urwał i zaszlochał tak wstrząsająco, jak może szlochać tylko silny człowiek. Ogarnął swą żonę i ukrył zapłakaną twarz na jej ramieniu. Bessie przecisnęła się do nich i objęła szyję ojca. Okropne podejrzenie przemknęło przez głowę pani Gardy, że mąż jej zwariował. Dzieci były przerażone. Jedna Alice zgadła myśl matki. Pan Gardy jakby odczuł, że one się zatrwożyły myślą o jego obłędzie.

– Nie – powiedział odpowiadając na niewypowiedzianą przez nich myśl – jestem zupełnie przytomny. Jestem spokojny jak nigdy, władam wszystkimi swoimi zmysłami. Podczas snu stałem przed Obliczem Wieczności i wiem, jestem przekonany, że po siedmiu dniach Bóg odwoła moją duszę… Mary – zwrócił się do żony z błagalnym wejrzeniem – czy ty mi wierzysz?

Żona spojrzała na twarz męża i upewniła się, że najlepszy i najbardziej cenny z ludzkich darów, rozsądek, oświetlał jego dobrą twarz i postać stojącą    na pograniczu drugiego świata i rozjaśnioną teraz pierwszą miłością.

– Tak, Robercie, wierzę ci. Widocznie cię zwodzi wrażenie co do czasu twego życia, ale nie straciłeś rozsądku.

– O, mój Boże! Dziękuję ci za to! – zawołał pan Gardy. Jakże często podczas tego pamiętnego tygodnia odnajdywał ulgę w tej bez zastrzeżeń pewności żony, że jest przy zdrowym umyśle.

W ciszy, jaka zaległa pokój, pan Gardy poprosił Georga o przyniesienie Biblii. Przeczytał w Ewangelii Jana niezrównaną modlitwę Chrystusa w rozdziale 17, przed Jego odejściem z ziemi. Rodzina z pobożnością słuchała czytania ojca, który następnie ukląkł na kolana i począł się modlić, jak nie modlił się nigdy dotąd. Prosił Boga o siłę i umiejętność przeżycia pozostałego tygodnia tak, aby życie jego było błogosławieństwem dla świata i wierną służbą dla Pana. Gdy podniósł się z klęczek i popatrzył na żonę i dzieci, na twarzy jego jakby odbiła się światłość, wskazująca, że teraz był w łączności z Bogiem. Czas płynął szybko. Zegar na kominku wydzwonił północ i dla Roberta Gardy rozpoczął się pierwszy dzień z jego siedmiu pozostałych dni.

(ciąg dalszy w następnym numerze)

Darowizna

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: