TYLKO SIEDEM DNI

CH. SHELDON

OPOWIADANIE Z XIX WIEKU. RZECZ DZIEJE SIĘ W AMERYCE

Rozdział I – Zapoznanie z rodziną Gardy

W niedzielę wieczorem Robert Gardy z kościoła wrócił późno. Niezbyt regularnie tam uczęszczał, ale tego dnia kilka słów, jakie usłyszał w rannym kazaniu, skłoniło go do ponownego pójścia. Żona jego ze względu na przykrą pogodę – padający drobny śnieg, zrezygnowała z nabożeństwa. Pan Gardy powrócił do domu w złym humorze i kłótliwym nastroju. Odezwał się do żony:

– Następnym razem nie skłonią mnie do wieczornego nabożeństwa. Było zaledwie około pięćdziesięciu ludzi i nie warto doprawdy opalać i oświetlać kościół. A jakież nudne kazanie! Pan Johnson, nasz pastor, zestarzał się mocno. Trzeba nam bardziej współczesnego, bardziej młodego człowieka. Ten nasz śpiew ciągle na jedną nutę, ciągle skrzeczy o tym samym: konieczne jest czynić cokolwiek teraz, aby innych zbawić. Znudził się przez to! Nic nowego, nic współczesnego. Gdyby go tak posłuchać, to każdy człowiek musiałby myśleć o życiu pozagrobowym i rzucać się w różne strony, aby ratować innych. Kto tego nie czyni – ten jest zbójcą, złoczyńcą i wrogiem społeczeństwa. Zbyt często powołuje się na tę nowoczesną naukę, chrześcijańską socjologię i myśli, że bogaci uciskają biednych i że członkowie kościoła obowiązani są studiować naukę Chrystusa, bardziej ściśle ją wypełniać i bardziej po bratersku obchodzić się z bliźnimi. Ech! Jak on mi już obrzydł z tymi ideami o człowieczeństwie. Zastanawiam się czy nie przerwać wpłaty mojego udziału na wyposażenie pastora, jeżeli nadal tak będzie głosił kazania.

– Na jaki tekst z Ewangelii było kazanie? – zapytała pani Gardy.

– Och, dokładnie nie pamiętam. Coś w rodzaju: „Tejże nocy odjęta będzie dusza twoja”, albo coś podobnego. Ja nie wierzę w skuteczność kazań, którymi zastraszają słuchaczy, by ich gnać strachem do niebios.

– Byłoby potrzeba wielu kazań, aby cię zastraszyć, Robercie.

– Naturalnie, więcej niż dwa kazania na tydzień – odparł ze śmiechem pan Gardy. Zdjął płaszcz i opadł na kozetkę przed płonącym kominkiem. Czuł się nieswojo. Wszystko go drażniło. Widać coś go zirytowało w kazaniu i teraz pragnie zemścić się na innych, jak zresztą bywa z podobnymi jemu charakterami.

– Gdzie są córki? – zapytał podniesionym głosem, jakby je z góry oskarżał o coś.

– Alice na górze i jak mi się wydaje, czyta poranną gazetę. Clara i Bessie udały się do Kakstonów.

– Z jakiej racji one tam poszły?

Pani Gardy zmieszała się, ale opanowała się i odparła:

 – Przyszedł James i zaprosił je.

– Córki wiedzą, że zabroniłem im znajomości z Kakstonami. Kiedy powrócą, przypomnę im jeszcze raz o tym zakazie, aby nie zapominały… Bardzo dziwne, że nie rozumieją tego. – Pan Gardy powstał przy ostatnich słowach, przeszedł się do pokoju, po czym ponownie położył się i począł rozgarniać węgle w kominku. Żona jego przygryzła wargi i wydawało się, że chciała odpowiedzieć, ale milczała. Pan Gardy zapytał:

– Gdzie są synowie?

– Willie w swoim pokoju przygotowuje lekcje na jutro. George wyszedł    z domu o ósmej, nie mówiąc gdzie idzie.

– Ale przemiła rodzinka! Powiedz mi, Mary, czy bywa w roku chociaż jeden wieczór, kiedy wszystkie nasze dzieci są w domu?

– Bywa tyle samo wieczorów, ile ty sam spędzasz ich w domu – odparła pani Gardy. – U ciebie twój klub, zebrania członkowskie różnych stowarzyszeń, naukowe towarzystwa, wieczory literackie, posiedzenia dyrektorów i jeszcze nie wiem co; otóż dzieci cię widzą prawie tyle, ile ty je widzisz. Czy wiele wieczorów poświęcasz nam, Robercie? Czy znajdujesz to dziwnym,że dzieci wychodzą z domu, aby się rozerwać? Nasz dom… – przerwała swą wypowiedź pani Gardy i smutnie obrzuciła wzrokiem bogato urządzony pokój, w którym znajdowali się tylko we dwoje – nasz dom – to jak pełny kielich: jest w nim wszystko, oprócz naszych dzieci.

Leżący na kozetce mąż milczał. Odczuł ostrość wymówki żony, ale zaprzeczyć nie mógł; żona miała zbyt wiele racji. On jednak nade wszystko był egoistą. Nie powstała w nim nawet najmniejsza myśl, a tym bardziej chęć poświęcenia swej rodzinie niektórych wieczorów klubu lub posiedzeń naukowych stowarzyszeń; względnie wyrzec się niekiedy prywatnych, wystawnych obiadów, aby żona jego nie przesiadywała całymi wieczorami opuszczona i samotna. Dzieci stały mu się prawie obce.

Uważając siebie za szanowanego obywatela, gniewał się, że jego dzieci nawiązują znajomości, których on nie pochwala. Sam wychowany w nabożnych zasadach, nie stosował ich w swoim życiu, ale nie pochwalał wyjazdów dzieci wieczorami, tym bardziej w niedzielę. U niego całe życie ugruntowane było przede wszystkim na zasadzie własnego zadowolenia, dogadzania sobie – po pierwsze, lecz ta zasada stosowana była tylko względem niego samego. Na razie nic nie przeszkadzało jego przyjemnościom; był dobrotliwy, jak zresztą prawie wszyscy nieźli ludzie.

Żona otrzymywała od niego dostateczną ilość pieniędzy, aby utrzymać dom na wysokiej stopie; dawał jej i dzieciom środki na podróże, jeśli sobie życzyli. O ile cokolwiek sprzeciwiło się jego zamiarom, albo gdy ktokolwiek poprosił go o osobistą usługą, wtedy stawał się szorstki, zagniewany i zarozumiały. Jeśli od niego zażądano, aby odmówił sobie czegoś na rzecz innych, stawał się zły i niesprawiedliwy. Był członkiem braterskiej rady dwadzieścia pięć lat i słynął jako hojny ofiarodawca. Tym się nawet szczycił. Ale gdyby wypadło mu cokolwiek zrobić, postarać się dla kogoś o coś, albo poświęcić część swego czasu dla innych, byłoby to dla niego tak nienaturalne, jak oddanie całego swego majątku pierwszemu napotkanemu nieznajomemu.

W ubiegłym tygodniu pastor napisał do niego poważny, serdeczny list,    w którym dziękował mu za wieloletnią pomoc i prosił go o przybycie w środę wieczorem na zgromadzenie modlitewne i wzięcie czynnego udziału, w czym będzie mógł. Teraz był trudny okres dla kościoła i pastor stanowczo zwoływał wszystkich członków, prosząc ich o radę, o współudział osobistej pracy i pomocy. Pan Gardy przeczytał list pośpiesznie i zjadliwie się uśmiechnął. A cóż to jest! Jego zapraszają do wzięcia udziału w zebraniu modlitewnym! On już nawet nie może sobie przypomnieć, kiedy był na takim zebraniu. Dla niego były to rzeczy zbyt nudne. Zdumiał się, że pastor odważył się napisać taki list i uważał to za bezczelność! Rzucił list pod stół, do kosza, nie odpowiedział nań. Gdyby to było pismo urzędowe, nie pozwoliłby sobie na taką niegrzeczność, ale list duszpasterza – to inna sprawa. Nawet mu nie powstała myśl, aby odpowiedzieć na takie zaproszenie. W środę wieczorem udał się do klubu szachistów i wyśmienicie spędził czas przy ulubionej grze. Był doskonałym szachistą i zapisał się na międzynarodowe zawody.

Pewnego razu kierownik Szkoły Niedzielnej przypadkowo spotkał pana Gardy na ulicy, niezdecydowanie zbliżył się do niego i spytał, czy nie zgodziłby się na prowadzenie klasy chłopców w Niedzielnej Szkole. Cóż to jeszcze za nowina! Jemu kłopotać się z chłopcami! On – wpływowy, bogaty kierownik największych w świecie warsztatów kolejowych – on będzie tracił czas, aby uczyć jakichś oberwańców w Niedzielnej Szkole? Był gotów roześmiać się w twarz proponującemu mu taką niedorzeczność, ale tylko uczucie uprzejmości powstrzymało go od tego. Przerwał więc rozmowę, przepraszając za brak czasu. Tegoż wieczoru udał się do teatru i zaśmiewał się z jakiejś głupiej farsy. Powróciwszy późno wieczorem do domu, poszedł na wieżę swego domu, gdzie urządzone było jego domowe laboratorium chemiczne i gdzie pracował kilka godzin bez zmęczenia. Interesował się chemią, cieszył się wspaniałym zdrowiem i bez znużenia mógł znosić najbardziej silne napięcia. Gotów był pracować ile potrzeba, jeśli go to tylko interesowało. O lenistwo nie można go oskarżać, ale nigdy by nie pojął tego, żeby poświęcić swój czas, pracę i talent dla innych. Żył tylko dla siebie.

I oto leżał na kozetce i pochmurnie wysłuchiwał, jak żona go wprost, bezpośrednio oskarża o samolubstwo. Oskarżenie to nie wywołało w nim chęci zrozumienia czegoś i ofiarowania czegokolwiek ze wszystkiego, co dogadzało jego upodobaniom, zarozumiałości i próżności. Po dłuższym milczeniu żona powiedziała mu ozięble, jakby ją to wszystko wcale nie obchodziło:

– W czasie twojej nieobecności przychodził starszy z warsztatu, pan Berens.

Przychodził? Czego potrzebował?

– Powiedział, że czterech robotników zostało ciężko pokaleczonych dzisiaj w oddziale odlewniczym, na skutek wybuchu retorty. Wszyscy pozostali porzucili pracę i udali się do domu.

– Cóż, czyżby Berens nie mógł zatrudnić innych w zamian za pokaleczonych? Przecież wie, gdzie szukać zapasowych robotników.

– Dlatego też chciał cię widzieć. Oczekuje dalszych poleceń. Ludzie kategorycznie odmówili dalszej pracy, nie zostali ani minuty, wszyscy odeszli. Ja niezbyt ich oskarżam o to. Robercie, czy ty się nie boisz, że Bóg cię skarze, bo w warsztatach pracują w niedzielę?

– Bzdura, Mary – odparł pan Gardy, chociaż w jego głosie zabrzmiała nutka zażenowania. – Praca powinna być nieprzerwana. Koleje żelazne obsługują społeczeństwo, nie mogą odpoczywać w niedzielę.

– A zatem, gdy Bóg powiedział ludziom, że nie powinni pracować w niedzielę, to nie zwracał się do kolejarzy? Według was trzecie przykazanie należy czytać: „Pamiętaj na dzień Pański i święć go, ale tylko nie wy, pracujący na kolei. Dla was nie ma niedzieli”.

– Mary, ja nie po to wyszedłem z jednego kazania, aby wysłuchiwać drugiego. Ty jesteś gorsza od naszego pastora.

Pan Gardy uniósł się na kozetce, oparł na łokciu i patrzył gniewnie na swą żonę. Kiedy zamierzał powiedzieć jeszcze coś bardziej przykrego, ponownie spojrzał na nią, i nagle coś w nim poruszyło się do głębi. Pamięć wywołała z przeszłości ich poprzednie mieszkanie w Wermontskich Górach, gdzie wzrastał razem z Mary. Przypomniał mu się stary dom modlitwy, dokąd pastor zbierał ich na modlitwę i dokąd on odprowadzał wiejską piękność – Mary, wzdłuż cienistej alei, przecinającej wioskę. To był początek jego miłości do niej. Przypomniała mu się jedna z niedziel, kiedy wracając z kościoła poprosił Mary, aby została jego żoną. I ten zapach kwiatów z polnej łąki,w pobliżu dworskiego domu, taki mocny, że zdawał się zapełniać cały pokój. To było wtedy, gdy Mary, zwrócona do niego, powiedziała to pożądane, oczekiwane, ważkie słowo, po którego usłyszeniu poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. O, te wspomnienia przeszłości! Jak one przychodzą nieproszone i jak są wszechwładne nad duszą!

Wszystko to objawiło się panu Gardy właśnie teraz, jak rzeczywistość. Nie od razu się opamiętał; patrzył w płomień na kominku, jakby nie bardzo wiedząc, gdzie się znajduje. Obraz dalekiej przeszłości jeszcze się nie zatarł i wszechwładnie go pociągnął. Nie widział łez, które spływały po twarzy żony i spadały na jej złożone ręce. Powstała z miejsca i pośpiesznie podeszła do otwartego fortepianu stojącego w cieniu. Usiadła przy nim plecami, odwrócona od męża i nerwowo uderzyła kilka akordów. Pan Gardy ułożył się znowu na kozetce i wątpliwe, czy słuchał gry żony… Po pewnym czasie pani Gardy odwróciła się na taborecie i rzekła:

– Robercie, czy nie uważasz, że należałoby ci pójść do pana Berensa i zapytać o rannych robotników?

– Niby po co? Cóż ja mogę zrobić? W naszym zarządzie jest lekarz, który się nimi zajmie. Czy Berens mówił, że są bardzo poszkodowani?

– Jednemu z nich przy wybuchu wypaliło dwoje oczu, a drugiemu trzeba będzie amputować obie nogi. O ile dobrze pamiętam, to nazwisko tego brzmi Skowił.

– Jak? Czyżby Marek Skowił?

– Przypominam sobie, tak, tak go Berens nazywał.

Pan Gardy wstał i natychmiast znowu się położył. Widać, że coś go zirytowało.

– Tak, oczywiście, pójdę tam jutro. Teraz nic nie mogę dla nich uczynić – odparł, ale nie był tak spokojny, jakim chciał się wydawać. Pamięć przywiodła mu taki oto obraz: pewnego dnia przechodził przez halę maszyn, ciężka żelazna sztaba oderwała się od olbrzymiej masy, którą dźwigano w górę i spadłaby na niego, zabiłaby go na miejscu. Jeden z robotników oddziału, Marek Skowił, szybko podskoczył, pchnął go w bok, ryzykując własnym życiem. Skowił został uderzony w ramię i przeleżał blisko miesiąc. Wtedy Pan Gardy podwyższył mu wynagrodzenie i skierował na lepsze stanowisko i bardziej odpowiedzialne, przenosząc go do oddziału odlewniczego zakładu.

Pana Gardy nie można było oskarżać o brak serdeczności i ludzkości w pewnych wypadkach. Leżąc tak na kozetce już zamierzał pójść do poszkodowanych, ale przypomniał sobie, że na dworze jest bardzo zimno i pada śnieg, a do warsztatów jest dosyć daleko. To uważał za usprawiedliwienie dla siebie, aby nie odwiedzić człowieka, który uratował mu życie, a teraz leży i zostanie kaleką na resztę życia. Być może wyda się to nieprawdopodobne, by ktokolwiek, mający siebie za chrześcijanina, mógł być tak dalece obojętny na los bliźniego. Trzeba znać całą moc egoizmu, jaka kieruje postępowaniem ludzi! Nawet ofiarni i dobroduszni ludzie nie kontrolują siebie w tym kierunku; poddają wszystko swojej miłości do wygód i przyjemności życia, chcą wszystko mieć dla siebie wyłącznie, nigdy nie troszcząc się o otoczenie, chyba, że im się opłaci coś uczynić z takich albo innych względów. Pan Gardy, jak już było powiedziane, był posłuszny tylko jednemu wyższemu nakazowi i tym nakazem było jego „Ja” – przede wszystkim i ponad wszystko. Żona jego bardzo rzadko sprzeciwiała się życzeniom męża, ustępowała mu, nie chcąc widzieć jego olbrzymiego egoizmu. Przy jego ostatnich słowach stłumiła westchnienie, odwróciła się do fortepianu, a palce jej bezwiednie błądziły po klawiszach. Przerwała grę, nerwowo potarła ręce, odwróciła się do męża i oznajmiła:

 – Robercie, kucharka zawiadomiła mnie, że musi natychmiast udać się do domu.

Pan Gardy począł pogrążać się w drzemce, ale przy tych nagłych słowach drgnął, usiadł i wykrzyknął:

– Ale ty dzisiaj przygotowałaś tylko złe wiadomości, Mary! Co się dzieje ze wszystkimi? Przypuszczam, że kucharka chce, aby jej zwiększyć wynagrodzenie.

Pani Gardy spokojnie odpowiedziała:

– W domu umiera jej siostra. Wiesz, nigdy nie zauważyłam w niej wielkiego współczucia. Wydawał się dosyć oziębła, chłodna, a jednak jest najbardziej wierna i pilna ze wszystkich naszych sług. Skoro tylko Berens wyszedł, przybiegła do mnie i rozpłakała się z rozpaczy. Jej siostra, zamężna, jedna z tutejszych robotnic od kilku tygodni cierpi na suchoty. Oni są bardzo ubodzy, a rodzina liczna i ta kobieta wycieńczyła siebie ciężką pracą. Kucharka w wielkim żalu wszystko mi opowiedziała. Opuszcza nas, aby doglądać chorej siostry. Lekarze stwierdzili, że chora przeżyje zaledwie tydzień. Mnie żal tej biednej kobiety. Robercie, czy nie zgodzisz się ze mną, żebyśmy mogli dopomóc czymkolwiek tej rodzinie? U nas wszystkiego tak wiele. Gdybyśmy im pomogli, to nie odczulibyśmy żadnego uszczerbku.

– A gdzie kres tej pomocy? – zawołał pan Gardy. – Skąd możemy brać środki na wszystkie takie wsparcia? Jeżeli będziemy dawać wszystkim spotkanym ubogim, to sami zostaniemy ubodzy. Oprócz tego nie jestem w stanie tego czynić. Synowie uczą się w prywatnej szkole średniej, to wiele kosztuje, a nasz zarząd ciągle zmniejsza im stypendium. Jeśli siostra kucharki jest żoną któregoś z kolejowych robotników, to on otrzymuje dostateczne wynagrodzenie i może dobrze wyżywić swoją rodzinę.

– A jeżeli ten kolejowy robotnik został okaleczony i stał się inwalidą na całe życie? – spytała spokojnie pani Gardy.

– Są ubezpieczalnie i one mogą pomóc. Nie wiem, dlaczego my musimy zajmować się wszystkimi nieszczęściami, które spotykamy wokół nas. – Oblicze pana Gardy stało się złe i dorzucił: – Końca nie będzie, jeśli sami zaczniemy stwarzać sobie takie ciężary.

Pani Gardy nie zwróciła uwagi na słowa męża i ciągnęła dalej:

– Siostra kucharki jest żoną jednego z okaleczonych kolejowych robotników. Kucharka tak źle mówi po angielsku i tak była wzburzona, że ja nie wszystko zrozumiałam. Przypuśćmy, że to jest rodzina Marka Skowiła, to czyż ty nie możesz coś dla niej uczynić, Robercie?

– To mogę, o ile ucierpiał właśnie Skowił – szybko odparł pan Gardy. – Ale zmuszony ci jestem powiedzieć, że nie jestem w stanie zadośćuczynić wszystkim prośbom, jakie zgłaszasz. Weź wydatki na kościół: każdego tygodnia trzeba tam dawać na co raz inne potrzeby, nie licząc stałych składek. To ssie jak pijawki. Zmuszony będę obniżyć swoje wkłady na kościół. To jest niemożliwe ciągle rozdawać i w tym samym czasie zachować coś dla siebie.

Pan Gardy mówił z pewną dozą gniewu. Żona jego przesuwała wzrokiem po przepysznie urządzonych pokojach i uśmiechnęła się. Twarz jej stężała i przybrała wygląd gniewnej – przypomniała sobie, że trzy dni temu mąż jej stracił 150 dolarów na nowe urządzenie elektryczne dla swoich prób laboratoryjnych, a teraz mówi o trudnych czasach i szkaradnie wypomina drobne sumy, które daje na sprawę Bożą. I mówi, że nie jest w stanie pomóc rodzinie człowieka, który niegdyś uratował mu życie. Zwróciła się do fortepianu i poczęła grać, lecz tym razem muzyka nie uspokoiła jej – jak zwykle to bywało. Rozmyślała o swoich gorzkich sprawach, usiadłszy na malutkim stołeczku przy kozetce. Pan Gardy już spał. Siedząc w milczeniu patrzyła w ogień kominka. Jej twarz miała jeszcze ślady piękności, chociaż nadwątlonej przez lata rozczarowań i straty szacunku dla człowieka, którym niegdyś zachwycała się i który przysiągł przed ołtarzem poświęcić całe swe życie dla jej szczęścia. Na twarzy jej rysował się smutek i niepokój. Nie przestała całkowicie miłować swego męża, ale szybko utraciła tę lepszą część miłości, jaka codziennie wypływa z wrodzonego szacunku. Gdy ten szacunek zanika to  i miłość szybko przemija. Siedziała w swym zamyśleniu i żalu dosyć długo o dopiero otrząsnęła się na odgłos powracających dwóch córek: Clary i Bessie. Wbiegły ze śmiechem, rozbawione i widać zaledwie z kimś pożegnały się u drzwi. Matka wyszła ku nim na spotkanie.

– Sz…! Sz…! Ciszej, dziewczynki, ojciec usnął. Wiecie jak on nie lubi, gdy go nagle szumem obudzą. Czekał na was.

– Myślę, że lepiej nam będzie udać się do siebie na górę, nie powiedziawszy „dobranoc” – powiedziała porywiście Clara. – Ja nie chcę wysłuchiwać wymówek o to, żeśmy były u Kakstonów.

– Dobrze, idźcie. Ale ja muszę porozmawiać z wami obydwiema. Proszę tutaj.

Matka pociągnęła obie córki do sąsiedniego pokoju i zasunęła zasłonę na niszę, za którą spał pan Gardy.

 – Powiedzcie mi, dzieci, dlaczego ojciec zabronił wam chodzić do Kakstonów? Ja dopiero dzisiaj dowiedziałam się o tym. Czy to nie dotyczy Jamesa?

Obie dziewczynki milczały chwilę, wreszcie Bessie, młodsza córka, która często zadziwiała nieoczekiwanymi wybrykami, zawołała:

– James i Clara zaręczyli się; oni jutro wezmą ślub!…

Matka spojrzała na Clarę, zapłonioną do nasady włosów i nagle,ku zdziwieniu matki oraz siostry, Clara westchnęła i zaczęła rozpaczliwie szlochać. Pani Gardy wyciągnęła ramiona, objęła serdecznie córkę i położyła jej głowę na swoim ramieniu, i poczęła uciszać, jak małe dziecko.

– Opowiedz mi wszystko, moja kochana. Nie wiedziałam, że ty i James tak jesteście do siebie przywiązani.

– O, o! – szlochała Clara – my się kochamy wzajemnie. Ojciec, jakby się domyślał i zabronił nam tam chodzić. Ale ja sądziłam, że obie z Bessie możemy chociaż raz tam pójść i poszłyśmy dzisiaj po raz pierwszy. Nie mogłam się powstrzymać, w żaden sposób nie mogłam, mamo. Czyżby ludziom nie wolno było się kochać?

– Nie wolno mówić o takich sprawach w niedzielę – uroczyście oświadczyła Bessie.

– Claro – powiedziała matka – dziecko moje, przecież ty jesteś bardzo młoda. Czyżby James… Przecież on zupełnie jeszcze jest chłopaczkiem!

– On ma dwadzieścia jeden lat, a ja osiemnaście; obecnie otrzymuje czterdzieści dolarów miesięcznie i będzie pobierał jeszcze więcej. Jest najlepszym stenografem w stanie. Myśmy wszystko omówili i ja tak chcę jutro zawrzeć ślub. Kochana mamo, proszę zezwolić! – Clara znowu się rozpłakała,a Bessie naiwnie powiedziała:

– Tak, tak, mamusiu, oni są bardzo rozsądni i ja stwierdzam, że James jest bardzo miły. Ale gdy ja będę wychodzić za mąż, to znajdę lepszego. Mnie czterdzieści dolarów na miesiąc nie starczyłoby na same łakocie. A przy tym James nie jest zbyt ładny.

– Nie, on jest bardzo ładny! – zawołała Clara. – I on jest dobry i mężny; ma silną wolę, jest wspaniały we wszystkim. Ja wybrałabym przede wszystkim jego spomiędzy tysiąca mężczyzn takich jak Cumings. Mamusiu, mnie pieniędzy nie trzeba. Bogactwo przecież nie uczyniło ciebie szczęśliwą.

– Co to, kochana moja! – Matka poczuła się jakby uderzono ją w twarz.

Nie odpowiedziała nic na wywody Clary. Córka czule objęła ją za szyję i szepnęła:

– Przebacz mi, mamusiu. Nie chciałam ci robić przykrości. Ale ja jestem taka nieszczęśliwa!…

Nieszczęśliwa! Jej droga córka, tylko co rozkwitająca przed obliczem Bożym pod wpływem najbardziej świętego, delikatnego i prawdziwego uczucia, jakie przeżywa młoda dziewczyna, rozumująca, że uczciwy i dobry człowiek kocha ją całą duszą!… Jak ciężko było matce słyszeć, że jej córka jest nieszczęśliwa. Czyżby miłość mogła przynosić nieszczęście?! Ludzie zapomnieli o przykazaniu Chrystusa, uświęcającym uczucie miłości słowami:  „I dlatego (to jest dla miłości) opuści człowiek ojca i matkę i przylgnie do żony swojej”. Chciwość ludzka stawia porachunki pieniężne ponad wszystko. Nierzadko bywa, że najbardziej marne odczucia przyjmowane są za miłość. Pani Gardy, pomyślawszy o tym, chciała coś jeszcze powiedzieć, lecz powstrzymała się, bo posłyszała na klatce schodowej nierówne kroki swej starszej córki, Alice. Alice w dzieciństwie została kaleką i chodziła o kuli, posługując się nią szybko, sprawnie, i nawet z tym kalectwem miała dużo wdzięku. Teraz zaledwie weszła do pokoju i rozejrzała się, zauważyła, że tutaj się coś zdarzyło, ale nie dała tego poznać po sobie i odezwała się:

– Mamusiu, czy to nie jest trochę dziwne, że tatuś tak mocno śpi? Podeszłam do niego, zawołałam, sądząc, że jak zwykle drzemie, ale zobaczyła jak śpi niezwykle głęboko i całe czoło ma spocone. A przecież nigdy nie śpi w ten sposób w niedzielę wieczorem. Zazwyczaj czyta u siebie w gabinecie.

– Może jest niezdrów – odparła matka – zaraz pójdę i popatrzę. To mówiąc wyszła do sąsiedniego pokoju. Tymczasem do rodzeństwa zbliżył się brat Willie. Niósł w ręku książkę, coś szepnął do przechodzącej matki, a do siostry Alice odezwał się:

– Kochana Alice, pomóż mi odrobić zadane tłumaczenie. Nie lubię języka Rzymian, łaciny. Po co muszę wiedzieć o wszystkich ich wojnach i o tym, jak oni budowali swoje drogi i jednokonne mosty? Złości mnie Juliusz Cezar, który napisał tak rozwlekłe historie. Nie mógł powiedzieć tego wszystkiego o wiele krócej? Na co mi to potrzebne będzie w moim życiu? Tutaj, Alice, ja nie mogę znaleźć ani jednego czasownika. Popatrz, kochana, może jest jakieś wyjaśnienie na drugiej stronie, a może Cezar specjalnie opuścił czasownik, aby męczyć biednych chłopców. – Willie dość niegrzecznie rzucił swą książkę Alice, która cierpliwie zabrała się do wertowania tekstu, a cierpiący dowcipniś podszedł do Clary i Bessie.

– Co wy, obydwie, robicie tutaj o tak późnej porze? Dzieciom pora spać. Bessie, zagraj mi coś! Czego ty płaczesz, Claro? Hrabianko?

– Jak ty, Willie, nie wstydzisz się uczyć w niedzielę? – odpaliła Bessie.

– Nie sądzę, aby to było bardziej grzeszne od niedzielnego randkowania – zrewanżował się szybko braciszek.

– Ja się tym nie zajmowałam – z oburzeniem odparła Bessie – ja byłam    z Clarą.

– Ona nie potrzebuje twojej pomocy, czy nieprawda? – niewinnie zauważył Willie.

Podszedłszy do kanapy, na której leżała Clara z twarzą ukrytą w poduszce, Willie począł unosić jej głowę.

– Zostaw mnie, Willie, odejdź! Jestem niezdrowa – dał się słyszeć przytłumiony głos Clary.

– Głupstwo, ty żartujesz!

– Wcale nie. Zostaw mnie w spokoju.

– Willie, chodź tutaj, albo ja przestanę ci pomagać – odezwała się Alice.

Willie niechętnie odszedł od sióstr, wiedząc z doświadczenia, że Alice w swej groźbie dotrzyma słowa.

– No, dobrze, mów. Tylko niezbyt szybko, żebym zdążył napisać. Chcę się tego lepiej nauczyć. Obrzydły, stary Romulus na pewno wywoła mnie tłumaczyć właśnie ten cytat. Ja to przeczuwam. On ma wyczucie i wie, co jest dla mnie trudne; w ogóle lubi nas zahaczyć. Pytaj mnie, tylko surowo, jak on to robi.

W tej chwili otworzyły się drzwi i wszedł George, będący w dobrym nastroju ducha. Usiadł przy małej Bessie i począł jej szeptać na ucho:

– Milutka moja, ja znowu potrzebuję pieniędzy.

– Strasznie potrzeba? – szeptem zapytała Bessie.

– Tak, tak, ze względu na specjalny wydatek. Możesz mi dać trochę?

– Tak, naturalnie. Mogę ci oddać wszystko, co mi ojciec daje na miesiąc. A dlaczego ty sam go nie poprosisz?

– Nie mogę. I tak dzisiaj dość dużo od niego wziąłem. A niedawno całkowicie mi odmówił. Nie bardzo mi się podobał jego sposób rozmowy ze mną.

– Dobrze, możesz wziąć moje pieniądze.

Bessie uwielbiała swego starszego brata, który w jej oczach był rycerzem i bohaterem. Nie pytała go nigdy na co potrzebował tyle pieniędzy. Oboje jeszcze szeptali ze sobą, gdy Clara powstawszy udała się do swego pokoju. Alice skończyła tłumaczenie bratu Williemu, on zaś ucieszony zabrał z jej rąk książkę, Juliusza Cezara i zamierzał cisnąć nią w japoński wazon.

W tym czasie pani Gardy odsunęła zasłonę niszy sąsiedniego pokoju i przywołała dzieci. Była nadzwyczajnie blada i drżała, jakby opanował ją silny strach. Wszystkie dzieci nieoczekiwanie krzyknęły i pośpieszyły do matki.

(ciąg dalszy w następnym numerze)

.

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: