CHRYSTUS W CELI ŚMIERCI

Od redakcji: poniższy artykuł to niezwykła historia nawrócenia człowieka skazanego na śmierć za morderstwo napisana przez misjonarza, który głosił mu Chrystusa

Unia Południowo-Afrykańska należy do najbardziej uprzemysłowionych państw Czarnego Lądu. Jedną z ciemnych stron industrializacji jest wzrastający proces wyobcowania tysięcy ludzi, którzy utracili kontakt z własnym środowiskiem i stali się członkami masowego społeczeństwa w kilku wielkich ośrodkach miejskich tego kraju. Proces ten postępuje bardzo szybko i nie posiada charakteru organicznego. Rzesze robotnicze rekrutujące się najczęściej ze środowisk należących do zupełnie innych, najczęściej bardzo starych cywilizacji, z tymi tradycjami muszą wziąć radykalny rozbrat. Niech więc nic nie będzie w tym dziwnego, że tysiące Afrykańczyków musi stawić czoła zupełnie nowym warunkom życiowym oraz że przejście od starych warunków życia do nowych, którym nie mogą sprostać, nie odbywa się bez konfliktów   i że wśród tej ludności ilość przestępstw kryminalnych jest o wiele wyższa niż wśród warstwy białej. Ten fakt, że tysiące czarnych mieszkańców kraju zostaje skazanych każdego roku na kary więzienia, daje wiele do myślenia i jest on ponadto znakiem ostrzegawczym, że ten bogaty kraj musi w końcu uporać się  z nurtującymi go od dawna problemami.

Przyczyniając się do spełnienia zadania postawionego przez Pana i Mistrza Zboru, aby mieć staranie o więźniów, Szwajcarska Misja w Afryce Południowej dawno już rozpoczęła służbę duszpasterską wśród skazanych na kary więzienia. I tak na początku naszego stulecia Ernest Creux rozpoczął pracę w więzieniach Pretorii, a dzieło to inni poprowadzili dalej. Od 1931 roku pracę tę pełnił misjonarz H. Junod, przez przeszło 10 lat służąc wśród więźniów siedzących w centralnym więzieniu, udzielając pomocy duchowej wielu ludziom skazanym na karę śmierci i towarzysząc im aż do ostatnich chwil życia. Na tę piękną pracę rzuca snop światła niewielka książeczka wydana w języku francuskim w roku 1950; z tej publikacji zaczerpnięte zostały te pełne życia i pełne wyrazu przykłady służby ludziom.

Dzięki tej publikacji staje przed nami otworem świat, który najczęściej określamy mianem grozy i o którym wolelibyśmy nie wiedzieć. Lecz człowiekowi, który przyznaje się do wiary staje się dzięki temu oczywistym jeden fakt, że właśnie w tej najciemniejszej dziedzinie ludzkiego życia jest przeżywana i doświadczana – wciąż na nowo – rzeczywistość żywego Chrystusa.

Na tym tle, pełnym ciemnych barw, tym bardziej wyraziście rozbłyskuje światło Ewangelii niż w naszej codziennej, chrześcijańskiej, sytej egzystencji. Czyż nie jest czymś poruszającym, wejrzenie nas czytających te słowa, w świat życia i modlitwy w którym rządzą najprostsze zasady; czyż nas białych nie skłania coś do wyznania, że ci nasi czarni bracia ofiarowali nam bardzo cenny dar?

Jan   ze   szczepu   Khosa

„Idę do domu…”

Przed kilku laty w pomieszczeniach mieszkalnych przeznaczonych dla robotników kopalnianych firmy „Rand” przebywali robotnicy należący do plemienia Khosa; wśród nich znalazł się także człowiek wysokiego wzrostu  i atletycznej budowy ciała. Jak się to stało, że ten olbrzym otrzymał takie samo imię, jak ulubiony uczeń Pański – Jan – zostanie tajemnicą. Pochodził on znad zatoki południowo-wschodniej, gdzie znajdują się siedziby szczepu Khosa, w młodości zetknął się z chrześcijaństwem i został nawet ochrzczony. Już jako dorosły przywędrował na wyżynę, na której leży Transval i wżył się  w środowisko miejskie, zrywając wszelkie więzy łączące go z plemieniem, do którego należał. Życie w „Compounds” wciągnęło go całkowicie. Dzięki wyraźnie zarysowanej osobowości, pozbawionemu wszelkich hamulców moralnych instynktowi przestępczemu i dużej sile fizycznej stał się wkrótce przywódcą grupy młodych górników, która była gotowa do popełnienia każdego przestępstwa. Jakiegoś wieczora grupa dowiedziała się, że młody Murzyn z plemienia Tsonga po otrzymaniu wypłaty udał się do miasta po zakupy. Jan zorganizował szybko na niego zasadzkę. Członkowie bandy mieli napaść na wracającego na jednej z odosobnionych dróg, obrabować a w wypadku sprzeciwu pozbawić go życia. Stało się niestety to najgorsze. W tym czasie, gdy członkowie bandy rabowali rzeczy młodego Tsonga, Jan zadał mu śmiertelny cios. W czasie aresztowania Jan i jego koledzy kłamliwie wypierali się stawianych im zarzutów, lecz wszystkie okoliczności były tak wyraźne   i przemawiały przeciwko nim, tak że członkowie bandy zostali skazani na karę śmierci.

Nigdy nie zapomnę jednego z dni lipcowych, gdy przestąpiłem progi centralnego więzienia i pierwszy raz w życiu stanąłem twarzą w twarz  z groźnym przestępcą. Gdy wielka brama zamknęła się za mną i moim towarzyszem, ewangelistą J. Mbowénim, gdy wpisaliśmy się do książki odwiedzających, minęliśmy szereg krat i podwórek, wydostaliśmy się wreszcie po schodach na galerię i posuwając się naprzód, na końcu wielkiego budynku znaleźliśmy zamknięte, dwuskrzydłowe drzwi: za tymi drzwiami była cela straceń z szubienicą. Z lewej strony na jakichś drzwiach znalazłem metalową wywieszkę z napisem „Condemned cel” (cela skazańców). Przez krótki korytarz prowadziła droga do dwóch cel, w których byli skazani.

W celach tych znajdowało się w tym czasie 14 skazanych na śmierć. Wszyscy oni usiedli w półkolu przed nami. Podając rękę każdemu z nich, starałem się przezwyciężyć opanowujące mnie drżenie; nastąpiło to bardzo szybko i wkrótce zacząłem, rozumieć, że pomiędzy H. Junodem a każdym z tych przestępców nie ma przepaści nie do przebycia. Cała różnica natomiast polega tylko na wielkości przewiny. Nie jest to jednak różnica jakościowa. Powoli, patrząc każdemu z nich w oczy, próbowałem czytać w tym najwierniejszym lustrze duszy. Niektórzy pod moim spojrzeniem opuścili wzrok – może z instynktownej obawy, może z nieprzezwyciężonego poczucia wstydu. Ostatni z tych ludzi leżał skulony, opierając się o drzwi. Gdy schyliłem się nad nim, zobaczyłem jego twarz; nieprzeniknioną ludzką twarz, oczy na pół zamknięte, zaciśnięte wargi, rysy jego twarzy miały wyraz zawziętości. Ta twarz była jak zatrzaśnięte drzwi, do których klucz zgubiono. W głębi serca poczułem coś, jak wołanie do Boga: „Któż zdoła dotrzeć do tego przerażającego człowieka? O, Panie, kimże ja jestem, że mam wpuścić światło do tych ludzkich ciemności?” Nie było żadnej odpowiedzi na moją próbę dotarcia do niego przez jakiś wyraz ludzkiej miłości. Siedział przede mną, widziałem, że posiada wielką siłę fizyczną, potężne muskuły, ciało naładowane energią i gotowe do skoku, jak u dzikiego zwierzęcia. To wszystko było bardziej wymowne od słów. Czuło się niezłomną wolę i decyzję milczenia. Naprawdę to było całkowicie udane dzieło szatana.

Zaczęliśmy czytać Ewangelię w języku zulu, który jest spokrewniony         z językiem khosa, potem w języku suto i tsonga. Jan Mbowéni, ewangelista, powiedział parę słów wyjaśniających, zaśpiewaliśmy pieśń i uklękliśmy do modlitw. Modlitw były naturalne, wolne, spontaniczne. Pełne prostoty wyznania, to znów wołania wyrażające zwątpienie. Tak objawia się żyjący Chrystus. On porusza sumienie, usuwa przeszkody, nawraca i ratuje. Lecz Jan z plemienia Khosa pozostał głuchy i nieporuszony. Po dwóch dniach przyszliśmy znowu, próbując poruszyć jego serce; „Janie, gdzie jest żona? Gdzie są dzieci? Gdzie mieszkałeś, zanim przybyłeś do Johannesburga? Co robiłeś? Czy chodziłeś do kościoła? Słyszałeś coś o Jezusie?” Nie było odpowiedzi. Staliśmy, jak przed murem…

Upłynęły tak trzy tygodnie. Było nam coraz ciężej na sercu, ponieważ dni szybko upływały a znaliśmy treść oficjalnego komunikatu, który nie pozostawiał żadnych złudzeń, co do dalszego losu Jana.

Jeśli sobie dobrze przypominam, coś ważnego stało się dopiero w czasie czwartego tygodnia odwiedzin. Podając rękę każdemu z więźniów zauważyłem nikły uśmiech na ustach Jana. Zaświtała we mnie nadzieja. Ten człowiek nie robił już wrażenia bestii pozostającej w rękach szatana. Zwróciłem się do Boga z prośbą, żeby On Sam zaczął działać.

W następnym tygodniu, było to 12 września, moja nadzieja zwątlała na nowo. Przed udaniem się na kolejną wizytę w więzieniu, pomodliłem się gorąco do Boga, wyznałem moje błędy, grzechy i niezdolność udzielenia pomocy potrzebującemu człowiekowi; prosiłem Boga, żeby oczyścił mnie od wszystkiego, co mogłoby hamować Boże działanie. Razem z Janem Mbowéni ruszyliśmy w drogę do więzienia.

Skazańcy znowu otoczyli nas w półkolu; Jan, jak przedtem, pozostał koło drzwi. Modląc się wewnętrznie czytałem teksty w języku zulu, potem jeszcze  w dwóch innych językach: przypowieść o zaginionej owcy – „Umup i umuntu kini a negimvu e zikulu…” – „A któż z was mając sto owiec…”. Dużą ilustrację przedstawiającą Dobrego Pasterza ustawiłem naprzeciw Jana. Przeczytany tekst skomentowałem króciutko: „Taką zgubioną owcą jesteś Ty, jestem ja, jesteśmy wszyscy. Ten, który szuka nas, jest tutaj z nami. Nie przyszliśmy, żeby kogoś sądzić; nie jesteśmy sędziami. A czy znasz Bożą miłość? On Ciebie szuka, a Ty jesteś Jego zaginioną owcą. On nie chce, żebyś płakał, On chce dać Ci odpowiedź. Janie, czy Ty słyszysz? Czy nie chcesz, żeby On Cię przyjął?”

Po tym przemówił Jan Mbowéni, mówił z pełnią mocy i przekonaniem. Słowa jego były pełne świadectwa o miłości Boga. I oto, nagle coś się stało. Jan ze szczepu Khosa, rzucił się na ziemię, jego pięści zaczęły uderzać w podłogę. Słowami pełnymi męki zaczął swoją modlitwę; jęczał, krzyczał i zawodził:

,,Hawu! Boże, ja Ciebie poznałem. Ja Ciebie poznałem i opuściłem! Jestem zgubioną owcą! Hawu! Zgubiony! Tymi rękami popełniłem zbrodnię! Zabiłem! Opuściłem Cię, Boże! A teraz jeszcze czterech ludzi przez moją zbrodnię siedzi w więzieniu! Jak mogę otrzymać przebaczenie? O Boże, postąpiłem tak, jakby Ciebie nie było. Lecz Ty żyjesz i jesteś tutaj, Boże! Ty żyjesz! Ty mnie pokonałeś! Czy otworzysz mi wielkie drzwi Twego nieba? O, Ojcze, Jahwe, ja idę do domu, idę do domu… Przebacz, przyjmij mnie!” Jan modlił się może jeszcze przez kwadrans: wyprostowywał się zatopiony  w modlitwie, to znów wykrzykiwał głośne słowa; my wszyscy klęczeliśmy obok głęboko wstrząśnięci.

Tak Pasterz odnalazł swoją zgubioną owcę. Gdy modlitwa skończyła się wstaliśmy z klęczek, po raz pierwszy ujrzeliśmy oczy Jana, wspaniałe, lśniące oczy pełne Bożego pokoju. Nigdy nie zapomnę tej przemiany, jaka nastąpiła na jego twarzy; maska zbrodniarza przemieniła się w twarz człowieka, którego przyjął Bóg; Pasterz znalazł swoją zaginioną owce.

Czas naglił. Na życzenie Jana, podczas mojej następnej wizyty był obecny także dyrektor więzienia. W pokorze, Jan opowiedział historię swojej zbrodni; wykazał, że tylko on jest winny przestępstwa, a jego towarzysze byli wykonawcami jego poleceń. Sprawa została raz jeszcze przebadana i trzej z jego towarzyszy otrzymali zmianę wyroku kary śmierci na 12, 10 i 8 lat więzienia. Czwarty z nich, który był recydywistą, miał być stracony razem z Janem,

Nadszedł dzień stracenia. O godzinie 3.30 rano napisałem historię Jana. Przed czwartą byłem już w więzieniu. Była zimna noc.

Dwaj mężczyźni siedzący w celi śmierci byli spokojni i skupieni. Gdy dowiedziałem się, że Jan był członkiem Kościoła anglikańskiego, poprosiłem także mojego kolegę, pastora Kościoła anglikańskiego, żeby przygotował Wieczerzę Pańską.

Ostatnie chwile przed straceniem są zawsze niezwykłe. Ochrzciłem towarzysza Jana i jeszcze jednego ze skazanych. W tych chwilach smutku, czujemy zawsze bliskość łaski Bożej. Mój kolega przygotował Wieczerzę Pańską, ustawiając Chleb i Kielich na więziennej ławce. Jan znalazł miejsce przy Stole Pana. Śpiewaliśmy pieśni i czytaliśmy Słowa o wiecznym życiu. Tak nadeszła ostatnia chwila.

Do celi weszli urzędnicy. Jana zapytano, czy ma jeszcze coś do powiedzenia. On stał wyprostowany, pełen sił. Gdyby zechciał, starczyłoby mu sił, aby pokonać wszystkich obecnych. Nie zrobił tego. Nic więcej nie miał do powiedzenia. Wszystko jest dobrze. Oto jest gotów. I znowu przeżyliśmy poruszenie. Uścisnął nam ręce, dziękował. Wielkie, spokojne oczy skierował w górę i pozwolił zrobić ze sobą wszystko. Urzędnicy skuli mu ręce i twarz przykryli niedużą, białą chustką. Jan energicznie przekroczył próg celi. Upłynęło kilkanaście sekund. Stukot wielkiej maszyny przeraził nas na moment, gdyśmy się modlili. Potem jeszcze widok spadających ciał; jednak zaginiona owca spoczęła wreszcie na ramieniu Pana.

A na zewnątrz nadal toczy się życie. Świat, który nie wie o łasce Boga, idzie swoją drogą…

image_pdfimage_print

Chrześcijańska Misja Ewangeliczna"FILEO"

„Ja prosić będę Ojca i da wam innego Pocieszyciela, aby był z wami na wieki – Ducha prawdy, którego świat przyjąć nie może, bo go nie widzi i nie zna; wy go znacie, bo przebywa wśród was i w was będzie” Ewangelia Jana 14,16-17

Leave a Reply

%d bloggers like this: